„Mój piękny panie raz zobaczony w technikolorze, piszę do pana ostatni list” – tak wokalistka zespołu 2+1 zaczynała piosenkę poświęconą windzie do nieba. A Gołębiewski swoją piątą powieść zaczyna lakoniczniej – „Już nie żyję”. Piąta powieść! Autor wciąż poszukuje. Gmera. Przymierza się. O ile wcześniejsze, „Xenna moja miłość”, „Melanże z Żyletką”, „Disorder i ja” miały pewien specyficzny urok ze względu na zawartość dokumentujących mental i obyczaj pokolenia punk smaczków, to „Złam prawo” już nie. Autor obmyślił sobie wtedy, że tak jak wszyscy, napisze kryminał. Ale punkowy kryminał nie zażarł. „Wybuchowa powieść Łukasza Gołębiewskiego” – czytam w „Rzepie” tytuł recenzji Krzysztofa Masłonia i przechodzi mnię dreszcz. Gdzieś na dnie sumienia… może przegapiłem talent? Może nie zwróciłem uwagi na wybitne walory, czepiam się. Masłoń pisze, że „Bomba w windzie” to w istocie moralitet – „przynosi rozważania o śmierci, stawia pytania o to, jak i czy w ogóle jesteśmy do niej przygotowani”. Zapragnąłem przeczytać refleksyjnego Gołębiewskiego, postpunkowo wrażliwego. Los podrzucił książkę w me niecierpliwe dłonie. Gołębiewski nie stoi w miejscu. Poszukiwania formalne trwają. Jego miejący zwykle alkoholowe ADHD bohater tym razem zamknięty w bezruchu prohibicyjnej samotni. Nie z własnej woli, ale eremita. Bo było tak, bomba rypnęła w noclegowni, winda się urwała, a nasz bohater Richard Burton w niej uwiązł i kombinuje. Z laska miał pójść na komcert, a tu jeb, Fukuszima… No więc idealne warunki dla rozwoju moralitetu. Padają kluczowe zdania, dojrzały owoc spada: „Z ludzkiego piekła chociaż można uciec. Zachować nadzieję. Śmierć wszelką nadzieję przekreśla. A czym jest zło, jak nie śmiercią? Czym jest śmierć jak nie złem? (…)Wszak śmierć jest zawsze nieproszonym gościem”. Ech, tyle lat człowiek te problema w głowie obracał, a tu błysk i huk, wszystko w tym błysku stało się jasne. Poszukiwania formalne trwają. Autor podejmuje z czytelnikiem grę, wciąga go w labirynt, w którym sam zdaje się tracić orientację. Oto pojawiają się pamiętniki Burtona. Notes na dnie szybu windy. Burton zniknął, przepadł, podobno został zawodnikiem wioskowej ligi gdzieś w tropico dżungli. „Istotnie, Castaneda potwierdza, że po wypiciu narkotycznego naparu Burton gra w piłkę nożną jak natchniony, potrafi strzelić po kilkanaście goli w jednym meczu i pomimo czterdziestki na karku porusza się dwa razy szybciej niż pozostali zawodnicy”. W notatniku moleskine, inny wariant fabularny w pigule, czyli idziemy w stronę „Rękopisu znalezionego w Saragossie” i „Pamiętnika znalezionego w wannie”. Wspomnienia windziane to podpucha, element przewrotnej autokreacji Burtona, Riczarda. Tak naprawdę to w Sarajewie pod ostrzałem spotyka starego znajomego, co kulom się nie kłania, „pisarza Lucasa Golebiewskiego, okazało się, że przyleciał dwa dni temu na wykład o kulturze niezależnej”. Znają się od Jarocina 1984, kiedy Burton był srogim załogantem. Przepłynął Bałtyk jako majtek, przemoczył w słonej wodzie swój angielski paszport, żebrał i walczył, „kręcił młyn w pogo na koncertach Prowokacji, Moskwy, Siekiery, Dezertera”. Lucas dostaje txt z moleskina do opracowania, „idąc za namową wydawnictwa Jirafa Roja, użyczyłem tekstowi swojego autorstwa. Przypadki takie są dość częste w literaturze, że przypomnę tylko »Cichy Don«, powieść nieznanego kozackiego pisarza Fiodora Kriukowa, której nazwiska użyczył znany i ceniony Michał Szołochow, za co dostał nawet w 1965 roku Nagrodę Nobla”. Tajemnica rozwikłana? Autor uśmiecha się zagadkowo. Co to za zagadka? – dwie kulki i armatka. |