Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Mrówa-punkówa
2. Złam prawo - fragment części II
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Od Absyntu do Zarazy
7. Disorder i ja
8. Spotkanie autorskie we Wrocławiu
9. Bomba w windzie - nowe propozycje okładek
10. Sylwia
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Wydawnictwo Jirafa Roja
 
"Notes Wydawniczy" o "No Future Book" Niedziela, 21 Grudnia, 2008
Grzegorz Sowula
  W numerze 7/2008 "Notesu Wydawniczego" ukazał się felieton Grzegorza Sowuli, w większości poświęcony "No Future Book".
Małe spokojne miasteczko. Siedzę na balkonie i kończę lekturę książki. Nieoczekiwanie przerywa mi ryk radosnych kibiców – goool! Hałas powoli opada, czytam dalej. Niedługo – gospodarze wygrali, wszyscy na ulicach, samochody trąbią jak oszalałe, spontaniczny koncert pieśni masowej i solowej, na balkonach stoją ludzie z kieliszkami i butelkami, pomalowane twarze, szaliki reprezentacji. Zabawa trwa do rana.
Dokończyłem lekturę następnego dnia, poszedłem po gazety, w sklepiku spytałem o najbliższą księgarnię. Pani wyciągnęła plan miasta, pokazała ulicę, przypomniała sobie, że obok plaży, między restauracją a piekarnią, jest też jakiś kram z książkami, „a drugi znajdzie pan przy głównym deptaku”. Kram z książkami był zamknięty i zamkniętym pozostał przez kolejne dni, przy głównym deptaku znalazłem z pewną trudnością dziuplę sprzedającą książki pozostawione przez wczasowiczów. A księgarnia w mieście? No cóż, wybór jak na lotnisku: literatura piękna, bardzo piękna i przepiękna. Więcej zresztą było kartek pocztowych, ołówków, zeszycików i towaru dla turystów niż książek.
Miasteczko wcale nie jest takie małe. Popularny cel letnich wypraw, dla wielu Anglików drugi dom – na wynajem, na stałe. Deptak zwany jest The Strip nie bez racji: to najważniejsza w turystycznej części promenada, wybieg dla przeróżnych lafirynd, miejsce bachanalii, jak i ekscesów, w których seks wcale nie jest najważniejszy. Obcokrajowcy wypełniający sale i tarasy restauracji różny mają poziom tolerancji dla alkoholu.
I w tym problem: tu się przyjeżdża opalać, bawić, pić. Czytanie ogranicza się do wiadomości sportowych i pierwszych stron brukowców. No, jeszcze karta w restauracji. Kontakt ze światem i kulturą – jak by nie była pojmowana – zapewnia telewizja. Po co więcej?
Pierwszy raz znalazłem się w sytuacji, gdy nie mogłem znaleźć ciekawej lektury. Najbliższa „prawdziwa” księgarnia oddalona była o kilkadziesiąt kilometrów. Przyznaję, że nie chciało mi się jechać tam w ponad 30-stopniowym upale, wyszukałem w końcu coś do czytania w kramie przy deptaku. I zacząłem bardzo ciepło myśleć o Kindle’u, przenośnej biblioteczce dostępnej w serwisie Amazon.
Kindle to właściwie elektroniczny czytnik, ekran pokazujący poszczególne strony, ale równocześnie urządzenie, które w pamięci pomieścić może 200 tytułów o przeciętnej objętości 200 stron. Wystarczy na dwutygodniowy urlop, bez obaw. Ten kolejny wymysł elektronicznej branży ma szanse się przyjąć – na razie wśród zwolenników nowinek i zagorzałych fanów informatyki, jak przekonują recenzenci. Nie podzielam ich konserwatywnego punktu widzenia.
Jestem od dziesięcioleci związany z książką, poznałem wszystkie etapy jej produkcji, zaprojektowałem i przygotowałem do druku niemało tytułów, czytam od dzieciństwa, recenzuję od lat. Wydawałoby się, ostatni człowiek, który chciałby zastąpić papierowy tom lekturą ekranu. A jednak nie odrzucam pomysłu Kindle’a czy jemu podobnych (z pewnością bowiem pojawią się niebawem lepsze, wygodniejsze, pojemniejsze i tańsze czytniki). Podoba mi się to, że mam bibliotekę w kieszeni, i to zawierającą tomy z różnych dziedzin; waży niewiele, mogę z niej korzystać w każdej chwili, nawet dopuszcza umowne bazgranie na marginesach, co niestety jest moim przykrym zwyczajem. Ma znacznie więcej funkcji, ale wymienianie ich nie ma większego sensu, mój tekst nie ma promować urządzenia, a zwrócić raczej uwagę na fakt, iż zaczyna ono stanowić poważną – moim zdaniem – konkurencję dla książki drukowanej.
Zgadzam się tu z Łukaszem Gołębiewskim, który w swym skromnym objętościowo tomiku „Śmierć książki” wieszczy powolny schyłek papierowego nośnika treści literackich, by tak skrótowo opisać drukowany wolumin. Mało tego, Gołębiewski przepowiadając upadek przedsięwzięć nieodłącznie z książką związanych, takich jak wydawca, redaktor tekstu, grafik, drukarz, równocześnie kładzie do wspólnego grobu również księgarza i bibliotekarza. Uzasadnia to wszystko nadzwyczajnym rozszerzeniem sieci, która pozwolić ma – już pozwala – autorom na zamieszczanie w niej praktycznie wszystkiego co im się zamarzy i nadawanie tym elektronicznym publikacjom dowolnej formy (łącznie z błędami stylistycznymi i ortograficznymi, że o merytorycznych nie wspomnę). Dalszy krok to bezpłatne udostępnianie tych utworów bądź ich sprzedaż bezpośrednia, z pominięciem księgarza. Potem idzie druk na życzenie, coraz popularniejszy print-on-demand, którego rozwój niebawem sprawi, iż będziemy odbierać tom indywidualnie sformatowany, z osobistą dedykacją, zdobiony ilustracjami albo i nie, z czcionką małą albo dużą… Tu znów mogą przystąpić do walki o klienta księgarnie, ich pośrednictwo wyglądać będzie jednak zdecydowanie inaczej – zamiast kilometrów półek z upchanymi tytułami znajdziemy w nich terminale, na których przejrzeć będzie można katalogi, wybrać tytuły, zdecydować o formie i zamówić druk. My na kawkę do barku zajmującego już całe pomieszczenie, a w rogu cicho warczy maszyna przygotowująca nam pojedyncze egzemplarze zamówionych pozycji. A biblioteki? Biblioteki przez pewien czas konkurować będą z księgarniami i siecią – trzeba będzie zeskanować zasoby, poprawnie je zdigitalizować, zatroszczyć się o prawa autorskie i tantiemy. Gdy tytuły przybiorą formę elektroniczną i pojawią się przyjazne, wygodne czytniki, biblioteki znikną. Pozostaną jedynie książnice narodowe, przechowujące skarby piśmiennictwa.
Horror? A niby dlaczego? Pęd do „instant gratification” obserwujemy na całym świecie – nie mamy czasu, nie chcemy czekać, wszystkiego domagamy się już, natychmiast. Dlaczego autor ma stać miesiącami w kolejce u wydawcy, skoro może swoje dzieło promować w sieci jeszcze ciepłe, chwilę po zamknięciu pliku? Po co czytelnikowi kolejna kilkumiesięczna próba cierpliwości, jeśli może dzieło kupić w sieci i albo wydrukować w ciągu kilku minut, albo załadować jako plik elektroniczny do czytnika?
Gołębiewski nie straszy, raczej konstatuje – w swej pracy zebrał to, co i tak już wiemy. Książka nie zginie, to pewne, ale stanie się obiektem kolekcjonerskim, pewnie i snobistycznym. Czy da się podrywać panienki na kolekcję książek, nie wiem… Zastanawiam się, czy owa śmierć książki nie nastąpi u nas szybciej niż w innych krajach – kochamy nowinki techniczne, chętnie po nie sięgamy, ale w przeciwieństwie do zachodu nie wykształciła się u nas kultura książki. Nie mieliśmy czasu albo ochoty, by rozwinąć ruch „private presses”, niezależnych rzemieślniczych oficyn, które na Zachodzie będą teraz rozkwitać jako kontynuatorzy idei normalnie drukowanej książki. Ich klientami było środowisko snobistyczne (co nie oznacza majętne), jakie u nas nigdy nie powstało. To oni, starzy kolekcjonerzy i miłośnicy pięknego druku, będą bronić tradycyjnej formy książki.
Wątpię wprawdzie, by mieli nimi być mieszkańcy i goście nadmorskiego miasteczka. Nie mieli dotąd takiej potrzeby, dlaczego więc oczekiwać, że nagle pojawi się u nich ochota na drukowane woluminy? Może jako inwestycja. Albo do przytrzymania gazet na atakowanym przez wiatr balkonie. Prawdę mówiąc, wątpię również, by miała ich zainteresować książka w wersji elektronicznej. Jedyną szansę ma tam biblioteka na wzór tej preferowanej przez Czapajewa, który zaczynał dzień od jednego tomu, potem z kolegami czytał wytrwale dalej, czasem nawet musiał biegać do sąsiedniej biblioteki po kolejne tytuły…
Źródło "Notes Wydawniczy" nr 7/2008
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz słownie liczbę 2
Dodaj
alkohole antologie Bandyci Rodriguez Bomba w windzie Crass cytaty Disorder i ja film futbol Jarocin Jirafa Roja koncerty konkurs Krzyk kwezala kultura cyfrowa literatura Meksyk Melanże z Żyletką nauka Neurokultura No Future Book obserwacje opowiadania podróże pożegnania postawy punk recenzje rynek książki Spotkania autorskie statystyki Szerokopasmowa kultura We śnie wiersze Włochaty wywiady Xenna YouTube Złam prawo
 
Landsberg Hardcore Crew
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
  © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2