Gdy gratulowałem autorowi trzeciej już powieści, powiedział: "Znowu ci się nie będzie podobać". Nie miał racji, bo historia zatytułowana "Disorder i ja" podoba mi się bardziej niż wcześniejsze książki. Nie mam zamiaru porównywać tego cyklu pijackich przechwałek z Hłaską, Bukowskim, Lowrym czy Jerofiejewem. Wzory szczytne, ale Łukasz Gołębiewski mówi jednak własnym głosem i kreuje w książce własny świat. A że unurzany w alkoholu? Jeśli autor lubi wypić, co podkreśla na każdej stronie, to dlaczego nie miałby o tym pisać? Zwłaszcza że robi to inteligentnie i zabawnie. Disorder to szkolny kumpel, zarówno diabeł podsuwający pokusy, jak i anioł stróż. Ileż tu razy pojawia się fraza "dzięki Disorderowi". Imię przeczy na ogół zachowaniu, choć przyznać trzeba, że koleżka też niezły numer był i potrafi narobić kłopotów. Bohaterowie prześcigają się zresztą w utrudnianiu sobie życia - teoretycznie ma ono być łatwe i przyjemne, pozbawione konfliktów i na luzie, ale przeszkadza w tym alkohol. Bo gdy piwo i tanie bełty, czasem jakaś ukradziona flaszka gorzały zamula zupełnie pamięć, dzień kończy się źle. Gołębiewski ani przestrzega, ani zachęca. Pokazuje żywot typowego polskiego pijaczka, który swój honor ma, ale nie w przesadnej ilości. Tyle że twardy gość Gołębiewskiego to w gruncie rzeczy romantyk, który "niczego nie pragnie prócz ciepła kobiety". Po wódce i na trzeźwo. Taki ma disorder w mózgu. Dużo tu humoru, trochę cynicznego, trochę wulgarnego. Dobry język, ostry gdy trzeba, naturalny, bez udawania pijackiej składni. Może się mylę. ale chyba nawet mniej tu tego typowego dla autora marudzenia o złej kondycji świata, paskudnym charakterze człowieka i niezrozumiałej chęci życia jaką odczuwa bohater. Pewnie dlatego lepiej mi się tę książkę czytało. Chyba chciałem się tylko zabawić. |