Po raz kolejny zaskoczył nas Łukasz Gołębiewski. W jego najnowszej książce wyjątkowo bowiem mało seksu i używek. Owszem, pojawiają się gdzieniegdzie i koksik, i blancik. Niemało tu także wspomnień dawnych kobiet bohatera. Ale to już nie to rozpasanie hedonistyczne, co w tzw. brudnej trylogii, której ostatnia część „Disorder i ja” nużyła opisami bezustannego imprezowania. Widać doszedł autor do wniosku, że co za dużo, to nie zdrowo. I bardzo dobrze! (Jedynym wątkiem, któremu pisarz pozostaje do końca wierny to punk rock.) Akcja „Bomby w windzie” dzieje się w Londynie. Jej bohater – Richard Burton – został samotnie uwięziony w szybie windy, prawdopodobnie w wyniku wybuchu podłożonej przez terrorystów bomby. Niepewny, czy i kiedy nadejdzie pomoc, bez wody i jedzenia (za to z trzema papierosami i zeszycikiem, przydatnym w sporządzaniu przedśmiertnych notatek – to jeden ze śladów, że Burton stanowi alter ego Gołębiewskiego), snuje opowieści o wcześniejszych spotkaniach ze śmiercią, nieudanych związkach, zawiedzionych nadziejach i niezrealizowanych planach… W odróżnieniu od poprzednich powieści, bohater (bynajmniej to nie ta sama osoba!) wspomina swój dom rodzinny, co prowadzić może do przypuszczeń, że autor dokonuje tu pewnego rodzaju życiowego résumé (choć sam temu zaprzecza). To książka o umieraniu, lękach i samotności. Napisana jednakże z poczuciem humoru oraz z właściwą autorowi słynnej już „Xenna moja miłość” autoironią. I jeszcze coś – pisarsko to na pewno najdojrzalsza z jego powieści.
|