| |
W Amsterdamie trochę za mało wiało, za mało zacinał deszcz, mewy zbyt cicho mi skrzeczały nad głową, więc nie dziwcie się, że w środku zimy postanowiłem wybrać się nad morze, do Zandvoort. Tam dopiero hulał wiatr, piasek w oczy, włos rozwiany, fala wzburzona! Bilet szybką kolejką nad morze kosztuje w obie strony 10,50 euro, a jedzie się zaledwie 35 minut! W Zandvoort najpierw widzi się brzydkie bloki, ale zaraz za nimi jest dzika o tej porze roku plaża, piaszczysta i szeroka. Myślałem, że pojadę i wrócę zaraz, bo pewnie wszystko poza sezonem pozamykane, tymczasem nic podobnego! Wszystko otwarte! No to wszedłem do jednej knajpki, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej… Szczególnie polecam rodzinną knajpę Boomerang, prawie nad samym morzem, mieli zakurzone butelki z destylatami z całego świata, a to Nemrut z Turcji, a to Jaya z Indii, a to Brugal Extra Viejo z Dominikany, pyszności palce lizać, pani właścicielka specjalnie dla mnie poszła do domu przynieść z rodzinnego barku pisco z Chile i meksykański likier w pięknej butli przypominającej głowę Azteka. Hitem wieczoru w Zandvoort jest jednak dla mnie chińska knajpa Asian Delights blisko dworca, za barem dwie śliczne Chineczki, wokół nich na krótkich nóżkach gania obrotny szef z wymodelowaną szpiczastą bródką a’la mandaryn, a w barze dziwa wszelakie, niebywale mocne (od 54 do 62 proc.), niebywale dobre bo destylowane z bambusa, z róży, z prosa, z sorgo... Zapisuję nazwy, każdy trunek był poezją dla mego wrażliwego podniebienia: Mei Kuei Le Chiew, Kao Liang Chiew, Chu Yeh, Ching Chiew i Wu Chia Pi Chiew. Od Chińczyków wyszedłem w pląsach, wiatr nagle ucichł, piasek przestał sypać w oczy, deszcz ustał, a księżyc się uśmiechnął i puścił filuternie oko. Na taki rozwój zdarzeń nie mogłem pozostać obojętnym. Wsiadłem w kolej, ale zamiast do Amsterdamu jak bilet powrotny wskazywał, pojechałem do Haarlem, zobaczyć jak nocą wygląda renesansowy Grote Markt z ogromną katedrą Grote Sint Bavokerk. A przy okazji, zupełnie mimochodem i niechcący, zajrzałem tu jeszcze do baru Trapperij la Comedie, tak mile witany, tak bogato raczony holenderskimi specjałami, a to likiery, a to bittery, a to genevery, że powrót do Amsterdamu okazał się być faktem tak nieznaczącym, że niezapamiętanym. Jak wiadomo, mózg rzeczy niepotrzebne wyrzuca z pamięci. Tylko, ze ja mam notesik. Wynika z niego, że w zanim ułożyłem się do snu odwiedziłem jeszcze cztery bary przy Dam, jednym z głównych placów Amsterdamu. Statystyka wieczoru rekordowa – 27 spróbowanych destylatów, to będzie 27 nowych haseł w leksykonie alkoholi! Rano nie było mi tak fajnie. |