Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Mrówa-punkówa
2. Xenna na ekranie
3. Złam prawo - fragment części II
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Od Absyntu do Zarazy
7. Disorder i ja
8. Spotkanie autorskie we Wrocławiu
9. Sylwia
10. Bomba w windzie - nowe propozycje okładek
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Wydawnictwo Jirafa Roja
 
Moim zdaniem
Poniedziałek, 6 Lutego, 2012
Wyspa niesłychana
Disorder

Kto polubił Eduardo Mendozę za jego cykl o przygodach fryzjera damskiego, tego „Wyspa niesłychana” może rozczarować. Mnie nie zachwyciła, jej klimat jest jak mgła w Wenecji, mieście, w którym hiszpański prozaik umiejscowił akcję. Trochę tajemniczy, ale i ponury, obrazy nieostre, opowieści niedokończone, postaci szare, emocje przygasłe, cele niejasne. Główny bohater sam nie wie czego chce, jego miłość jest równie nieśmiała, co niepewna, iluzoryczna i efemeryczna. „Wyspa niesłychana” to książka o marzeniach, ale marzeniach nieskrystalizowanych, błądzących gdzieś na krawędzi podświadomości, snu i jawy. To też opowieść o lękach, o nieumiejętności bycia z kimś, czy wręcz – bycia wśród ludzi. W tej scenografii widmowa Wenecja jest nieprzyjemnym miastem – drogim, odstawionym na pokaz, zatłoczonym przez turystów, z przestępcami, którzy kryją się w ciemnych ciasnych uliczkach i oszustami na ulicznych straganach. Bohater tej historii, Fabregas, porzucił bankrutujący biznes i przeprowadził się z Barcelony do Wenecji… właściwie nie wiadomo po co i na jak długo. Miota się, nie umie wyrażać uczuć. „Tak minęło mi całe życie: w pół drogi między bezbronnością a dumą” – konstatuje. Sporą część czasu spędza w pokoju hotelowym, oglądając wypożyczane kasety wideo. Ale przepełniają go pragnienia, jest wytrwały, a może to uczucie beznadziei sprawia, że wciąż trwa; jak się w końcu okazuje – nie na próżno.

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 5 Lutego, 2012
TZN Xenna w Poznaniu
Disorder

Kolejny, czwarty już koncert TZN Xenny po reaktywacji, a kapela wciąż budzi emocje i przyciąga ludzi z całej Polski. Niewątpliwie warto. Do klubu Scena Pod Minogą przyszło na oko ze 200 osób, nie było takiego ścisku w pogo jak w Warszawie, ale było równie gorąco. Xenna znów zagrała potężny set – 25 kawałków, prawie wszystkie stare plus 4 nowe, dwa jeszcze nieograne, ale zapowiadają się ok., zwłaszcza ten o korporacjach („Korpo lament song”) mi się podobał, drugi – „Ścierwo” – też dobry, choć chyba Zygzak gubił tekst, który czytał z kartki. Te stare utwory też brzmią coraz lepiej. Zygzak, który w zeszłym roku w Strąkowej Górze wyszedł na scenę w szlafroku, udając steranego, schorowanego emeryta, to showman, polski Johnny Rotten, i to Rotten w dobrej formie. Te jego miny, gesty, widać, że się świetnie bawi, a do emerytury jeszcze mu daleko. Zresztą cały zespół świetnie się bawi, nie wyłączając napierdalającego w gary Dyni, który ma kondycję olimpijczyka i uśmiech od ucha do ucha. Zagrali chyba z 10 bisów, widać było, że im dobrze na scenie, a Poznań przyjął ich owacjami i nie chciał wypuścić. Przyjemnie oglądać takie koncerty, zero chałtury, zero rutyny, znudzenia – maksimum spontanu i radości. Następne koncerty TZN Xenna w lutym w Krakowie i Wrocławiu, jadę bo warto.

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Czwartek, 2 Lutego, 2012
Bankructwo analogowego świata
Disorder

Czytam, że Kodak bankrutuje, firma ma 6,75 mld dolarów zobowiązań, zamknęli już 12 fabryk, zwolnili 90% załogi... Kodak za późno przestawił się na technologię cyfrową, wierząc, że jeszcze przez wiele lat będzie zbyt na aparaty analogowe i klisze filmowe, czyli na produkty z segmentu, w którym zajmował wiodącą pozycję. Kodak to synonim fotografii, firma powstała w 1892 roku, a wypuszczony w 1900 roku aparat za 1 dolara był pierwszym masowo używanym urządzeniem do robienia zdjęć.
Czytam o Kodaku, ale myślę o branży mi bliższej, związanej z inną schyłkową technologią, papierem. Wydawcy prasy i książek, podobnie jak szefowie Kodaka, wciąż wierzą, że zbyt na ich produkty będzie jeszcze przez wiele lat, że doczekają emerytury zanim znikną księgarnie i drukarnie. Obawiam się, że tego czasu jest bardzo mało, że branżę wydawniczą czeka los Kodaka, jest podobnie konserwatywna, podobnie naiwna wobec nieuchronnych zmian. Miejsce aparatów Kodaka za 1 dolara zajęły inne aparaty, w tej samej cenie, takich firm jak: Nokia, Sony Ericsson, Samsung, Apple etc. Miejsce książek zajmą treści dostarczane przez Amazon, Apple, Samsunga... Stary świat się kończy. Dziś jedyną wartością Kodaka jest 1100 patentów, może ktoś je odkupi. Jutro jedyną wartością wydawców będą prawa autorskie, może je też ktoś odkupi. Ludzie dalej robią zdjęcia, więcej niż kiedykolwiek, dalej będą czytać, może też więcej, ale świat już nie będzie taki sam.

Więcej...
Komentarze (5) Skomentuj
Środa, 1 Lutego, 2012
Zmarła Wisława Szymborska
Disorder

Dziś zmarła Wisława Szymborska, pierwsza dama polskiej poezji, laureatka literackiej nagrody Nobla z 1996 roku, miała 89 lat. W przeciwieństwie do Czesława Miłosza nie miała ambicji by poprawiać świat, nie czuła się w obowiązku uczestniczenia w dysputach publicznych, można było przez lata odnieść wrażenie, że żyje z boku, poza nurtem dziejowych zdarzeń. A jednak obserwowała świat, z wielką wrażliwością, z odrobiną złośliwości, bez zaangażowania, ale jednak z wielką uwagą. Jej poezja była rozkosznie staroświecka w tematyce i bardzo nowoczesna w formie, może dlatego przyciągała tak wielu czytelników, była poetką ponad pokoleniową, poetką przemawiającą do serca, nie do rozsądku. Nie pouczała, nie karciła, nie krytykowała otwarcie, dawała przestrzeń do refleksji - nad uczuciami, nad przemijaniem, nad samotnością i bliskością. Pozostawiła po sobie wiele wspaniałych wierszy, z których wiele przetrwa w formie powtarzanych, wyuczonych na pamięć wersów - bo one pozostają w pamięci na lata i często towarzyszą nam w chwilach pięknych i smutnych.
Każdy pewnie ma jakiś swój ulubiony wiersz Wisławy Szymborskiej. Mi od dziecka towarzyszą wersy, które uparcie wracają w trudnych chwilach: "Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś - a więc musisz minąć. Miniesz - a więc to jest piękne". Wierszy pani Wisławy dodają otuchy i także dlatego są tak wyjątkowe.

Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Środa, 1 Lutego, 2012
Umysł, który szkodzi
Disorder

Kolejna przetłumaczona na polski książka biologa z Cambridge, błyskotliwa i niepokojąca. Po analizie nałogów, następnie snu, Paul Martin wziął się za te obszary ludzkiego mózgu, które wywołują pogorszenie się stanu zdrowia. Nie koniecznie chodzi o hipochondrię czy o choroby psychosomatyczne, reakcje zachodzące w naszym organizmie pod wpływem stresu, depresji, napięcia nerwowego, lęku itd., nie są jeszcze dostatecznie dobrze zbadane, a naukowcom brakuje pewności czy rzeczywiście mózg może bezpośrednio wpłynąć na stan zdrowia, czy w ekstremalnej sytuacji nawet przyczynić się do śmierci. Paul Martin twierdzi, że tak właśnie jest, jak zwykle jest bardzo przekonywujący i na poparcie swoich tez ma wiele argumentów, nie tylko z pism naukowych, bo nie brakuje i odniesień do literatury pięknej. Książka erudycyjna, wciągająca, ale przygnębiająca, bo pozostaje po lekturze poczucie niepewności czy nawet beznadziei, bo przecież nie umiemy stymulować uczuć. „Ludzie przekonani o swym kiepskich zdrowiu żyją statystycznie krócej niż inni” – pisze dr Martin. Ja już w połowie książki poczułem się tak źle, że pobiegłem do przychodni zrobić sobie badania. Trochę poprawiły mi humor, ale niepokój pozostał…

Więcej...
Skomentuj
Wtorek, 31 Stycznia, 2012
Nachlass 1884-1885
Disorder

Pisma Nietzschego – rozproszone notatki, uwagi, konspekty i szkice – bardziej niż jego ukończone dzieła obnażają wszystkie cechy filozofa. Chorobliwy narcyzm, agresję i niechęć do ludzi, stawianie siebie ponad innymi, pogardę dla odmienności, całkowity brak empatii. Ciekawy materiał dla psychoanalityków. Ale też niezwykła lapidarność, umiejętność zamykania idei w jednym lub najwyżej kilku zgrabnie sformułowanych zdaniach, które z powodzeniem służyć mogą za „złote myśli”, które oderwane z kontekstu mogą być dowolnie wykorzystywane i które – nie oszukujmy się – przetrwały właśnie w charakterze sentencji i żyją niejako w oderwaniu od filozofii nietzscheańskiej. Autor „Poza dobrem i złem” z zajadłym uporem tropił „zwyrodnienie”, pogardzał słabościami, do których zaliczał m.in. wiarę, miłość, marzenia, to wszystko, co piękne. „Wszystko jest pozorem – wszystko jest kłamstwem. (…) Samo życie jest przeciwieństwem prawdy i dobroci. Afirmacja życia – znaczy tyle, co apologia kłamstwa. Żyć można więc jedynie trwając w absolutnie niemoralnym sposobie myślenia”. Pogarda ma jednoznacznie agresywny charakter: „Mało obchodzą mnie masa, nędzarze i nieszczęśnicy – za to pierwsze i najlepsze egzemplarze, i żeby ich rozwojowi nie przeszkodził wzgląd na nieudaczników (tj. masę). Zniszczenie nieudaczników – do tego trzeba się wyemancypować spod wpływu dotychczasowej moralności”. Jego „koncepcja najwyższego człowieka” jest w gruncie rzeczy nieludzka, zakłada bowiem zastąpienie uczuć rozumem, a w konsekwencji całkowitą obojętność. W kontekście zdarzeń z XX wieku obrzydliwie brzmią buńczuczne słowa z 1884 roku: „Piszę dla nieistniejącego jeszcze gatunku ludzi: dla panów tej ziemi”. „Potrzebne jest, aby ludzie wyżsi wypowiedzieli wojnę masie!” – nawoływał i na nieszczęście byli tacy, którzy uwierzyli, czując się wyższymi.

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 29 Stycznia, 2012
Bóg mordu / Rzeź
Disorder

Niecodzienna to sytuacja, że kameralna sztuka teatralna, nie znanej szerzej autorki, ukazuje się w wydaniu książkowym, w dodatku ze wsparciem promocyjnym, ale też sytuacja jest szczególna, bo po tekst Yasminy Rezy sięgnął Roman Polański. Polskie wydanie ukazało się z filmową okładką, tylko zamiast „Rzeź” na okładce jest tytuł sztuki „Bóg mordu”. I dobrze się stało, że Polański sięgnął po sztukę francuskiej dramatopisarski, bo to są znakomite dialogi. Bardzo kameralna sztuka dla czterech aktorów, w krzywym zwierciadle przedstawiająca „zachodnie wartości”, obnaża agresję skrywaną pod pozorem dobrego wychowania, obojętność pod maską zaangażowania, egoizm przybierający kostium poświęcenia, a wielkie słowa na koniec toną w alkoholowym bełkocie. W kinie popis gry aktorskiej, znakomity zwłaszcza cyniczny Christopher Waltz, ale bez tych dialogów (nieco przerobionych dla potrzeb scenariusza) reżyser „Dziecka Rosemary” nigdy by nie stworzył takiego komizmu postaci.

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Sobota, 28 Stycznia, 2012
Kontrowersje wokół ACTA
Disorder

Kontrowersje wokół przystąpienia Polski do ACTA przybrały niespodziewany obrót. Młodzi ludzie wyszli na ulicę, hakerzy poblokowali rządowe strony www, odpowiedzialny za cyfryzację minister Michał Boni oddał się do dyspozycji premiera, rząd zapowiada szerokie społeczne konsultacje.
To ostatnie jest jak najbardziej pilne, bowiem w tle awantury wokół ACTA pojawiają się niezwykle istotne pytania – o przyszłość kultury i nauki, o sposób finansowania twórczości, o to jak ma funkcjonować biznes kulturalny (nie tylko show biznes!) w sytuacji, gdy młody konsument oczekuje, że w sieci wszystko będzie za darmo? Ani zwolennicy ACTA, ani przeciwnicy porozumienia, odpowiedzi na te pytania nie znają, bo ich wciąż nie ma. Od ponad dekady jesteśmy świadkami ostrego konfliktu, ścierania się interesów twórcy, producenta i nadawcy z interesami odbiorców. To kosztowna wojna, której pierwszą ofiarą stał się przemysł płytowy. Amerykański ekonomista związany z czasopismem „Wired”, guru ekonomii cyfrowej, Chris Anderson analizował w swojej głośnej książce „Długi ogon”, że „w okresie od 2001 do 2007 roku całkowita sprzedaż branży muzycznej spadła o jedną czwartą, natomiast liczba płyt z hitami o ponad 60 procent”. Jednocześnie Anderson (ale i inni analitycy, m.in. inny znany ekonomista Kevin Kelly czy prawnik, twórca terminu „Wolna kultura”, Lawrence Lessig, wskazują na całkowitą nieskuteczność prawa w walce nie tyle z piratami, co z odbiorcami. „Pomimo procesów sądowych, wytyczanych przez tradycyjną branżę muzyczną, ruch w interesie w sieciach wymiany plików wykazuje stały wzrost. Obecnie codziennie w tym procederze uczestniczy około dziesięciu milionów osób. (…) Codziennie następuje przesył ponad dziewięciu milionów utworów muzycznych” – pisze Anderson. Lessig idzie dalej, pisząc, że skoro 60 milionów Amerykanów łamie prawo, naruszając bez przerwy czyjeś prawa autorskie, to coś jest nie tak z prawem. Nie ma sposobu by penalizować każdego, kto dokonuje naruszeń, zaś z punktu widzenia psychologii społecznej, ale też poszanowania prawa, nie jest dobrze gdy tak wielki odsetek młodych ludzi żyje w poczuciu, że łamią prawo.
To są sprawy zasadnicze, na które ACTA nie odpowiada, nie wskazuje także rozwiązań – jak chronić interes twórcy, producenta i nadawcy? Jak wynagradzać pisarza, dziennikarza, naukowca, dydaktyka, muzyka, filmowca, aktora, w czasach, kiedy ludzie chcą mieć darmowy dostęp do kultury, a technologia cyfrowa daje im taką możliwość. Kiedyś sprawa była prosta, chciałeś obejrzeć film – musiałeś albo iść do kina, albo zapłacić za kopię kupując kasetą VHS czy płytę DVD. Nie było alternatywy bo świat był analogowy, kultura miała wymiar materialny. Dziś – poza architekturą – właściwie każde dzieło da się sprowadzić do zero-jedynkowego zapisu, „zmiana od atomów do bitów jest nieodwracalna i nie do zatrzymania” – słusznie wyrokował inny guru cyfrowej kultury, Nicholas Negroponte. Przemysł kulturalny wobec nowej technologii okazał się być bezradny. Na nic zdały się coraz surowsze ograniczenia (m.in. wydłużenie obowiązywania ochrony praw autorskich najpierw z 30 do 50, potem do 70 lat po śmierci twórcy – zmiana przeforsowana przez koncern Disneya, obowiązująca dziś niemal we wszystkich krajach świata), na nic zdały się spektakularne procesy i odszkodowania, zamknięcie Napstera, Audiogalaxy czy Kazaa – ludzie i tak wymieniają się plikami. Ani prawo ustawodawcze, ani wykonawcze nie umie sobie z tym poradzić. „Rola prawa coraz rzadziej polega na wspieraniu twórczości, a coraz częściej na ochronie konkretnych sektorów gospodarki przed konkurencją” – pisze prawnik Lawrence Lessig. Zauważmy, że także u nas głównymi orędownikami podpisania ACTA były organizacje branżowe i chroniące interesy twórców: ZAIKS, ZPAV, Polska Izba Książki, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Stowarzyszenie Dystrybutorów Filmowych, Fundacja Ochrony Twórczości Audiowizualnej itd. Absolutnie ich rozumiem, ich interes jest zagrożony, podobnie jak zagrożony jest interes prasy, tradycyjnego radia, telewizji i wszystkich praktycznie mediów. Szkopuł w tym, że żadne akta interesu tego skutecznie nie ochronią.
Walka, jaką konsumentom wydały medialne koncerny, wspierane przez ustawodawstwo i prokuratorów, została przegrana. Zamknięcie Napstera nie tylko nic nie dało, gorzej – na długie lata ucięło możliwość dialogu pomiędzy producentami a odbiorcami. Narosła wzajemna nieufność. Młodych ludzi, ciągnących z internetu pliki MP3, PDF, AVI i tym podobne okrzyknięto złodziejami, co jeszcze zwiększyło wzajemne napięcia i niechęć. Ściąganie plików stało się pewną formą społecznego protestu przeciwko medialnym koncernom. Rzecz w tym, że ten protest dotkliwie odczuwają także twórcy, a bez nich nie będzie ani książek, ani gazet, ani muzyki, ani filmu, pozostanie co najwyżej amatorszczyzna, trwające pięć minut filmiki na YouTube, remiksy, miliardy zdjęć i plików muzycznych, które każdego dnia są wrzucane do serwisów typu Facebook, Flickr czy wspomnianego YouTube. Na świecie jest obecnie ponad miliard blogów, ale czy są one w stanie zastąpić prasę, książki, filmy? W niewielkim stopniu. Przykłady Wikipedii czy kilku blogów poświęconych polityce, medycynie lub ekonomii pokazują, że społeczność potrafi wytworzyć wysokiej jakości treści. Ale jak dotąd żaden bloger nie dostał literackiej nagrody Nobla, żadne arcydzieło nie powstało w internecie, a nowe leki nie powstają w garażach, gdzie amatorzy eksperymentują przy retortach i alembikach. Jeśli ma nastąpić dialog, to w obie strony. Czas już aby konsument zrozumiał, że jeżeli chce mieć w przyszłości wysokiej jakości treści, wysokobudżetowe filmy, muzykę nagrywaną w profesjonalnych studiach, to musi za to płacić. Za darmo czasami może trafić się coś wartościowego, ale tylko czasami i bez żadnych gwarancji. Społeczny dialog nie może pominąć kwestii zasadniczej – długofalowo za darmo się nam nie opłaci. Długofalowo oznacza to śmierć profesjonalnych mediów. To tylko plik nic nie kosztuje, można go za darmo powielić i przesłać. Ale przygotowanie treści jest czasami bardzo kosztowne. Gazety coraz częściej likwidują placówki zagraniczne bo ich nie stać na utrzymanie pracujących tam dziennikarzy, opłatę biura, biletów lotniczych, rozmów telefonicznych itd.  A to tylko jeden z setek przykładów. Być może za dziesięć lat zawód reportera będzie jeszcze trudniejszy do wykonywania niż w latach 60. w PRL, kiedy swoją karierę rozpoczynał Ryszard Kapuściński. To, że Wikipedia z sukcesem wyparła wszystkie profesjonalne encyklopedie do dziś pozostaje jedynym fenomenem cyfrowej nauki. Dziennikarstwo obywatelskie nie osiągnęło poziomu profesjonalnych gazet, wolne podręczniki nie zyskały szerokiego uznania, a pani Kociubińska ze swoim blogiem być może nawet ma sto tysięcy fanów na Facebooku, ale do poziomu artystycznego Wisławy Szymborskiej wciąż ma tak samo daleko jak w czasach, kiedy pisała do szuflady.
Jakie rozwiązanie? Być może najprostszym byłoby pobieranie opłat za korzystanie z mediów cyfrowych – telefonii komórkowej, providerów internetu, producentów e-czytników, tabletów i innych urządzeń na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania. Lepsze to niż państwowe dotacje, które zawsze budzą polityczne wątpliwości i pachną cenzurą. W przypadku telewizji i radia sprawdza się to skutecznie od ponad pięćdziesięciu lat. Nie płacimy za słuchanie radia u fryzjera, ale twórca dostaje swoje tantiemy, zwykle nie małe. Liczbę pobrań plików łatwo jest mierzyć. Można wyobrazić sobie model, w którym konsument dostaje treść, za którą opłata ukryta jest w abonamencie – jak w telewizji kablowej. Mamy dziesiątki stacji, setki filmów, a płacimy niezależnie od tego, co i jak często oglądamy. Kolejny model, który z sukcesem funkcjonuje od kilku dekad. Te rozwiązania wymagają rozwiązań legislacyjnych i społecznej akceptacji. Jeżeli zgodzimy się płacić abonament, bo uznamy, że tego wymaga przyszłość kultury, mediów i nauki, to być może rozwiążemy problem w sposób pokojowy, bez ulicznych demonstracji, bez procesów, bez odszkodowań, bez wrogości i oskarżeń o kradzież lub ograniczanie wolności. Tego typu rozwiązania już są wprowadzane, na razie na szczeblu lokalnym, bo wciąż wymagają wzajemnego uznania swoich praw. Producenci muszą zrozumieć, że odbiorca chce uznać kulturę za część domeny publicznej, ta jednak nie może być darmowa, bo będzie byle jaka. ACTA daje doskonałą okazję do debaty nad naszą wspólną przyszłością, w której ograniczenia wolności korzystania z treści być może nie będą potrzebne. Lessig pisał, że „Domena publiczna jest zawsze strefą wolną od prawników” i niech tak właśnie będzie. Dajmy jednak obydwu stronom równe szanse.

Więcej...
Komentarze (4) Skomentuj
Piątek, 27 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Zandvoort i Haarlem
Disorder

W Amsterdamie trochę za mało wiało, za mało zacinał deszcz, mewy zbyt cicho mi skrzeczały nad głową, więc nie dziwcie się, że w środku zimy postanowiłem wybrać się nad morze, do Zandvoort. Tam dopiero hulał wiatr, piasek w oczy, włos rozwiany, fala wzburzona! Bilet szybką kolejką nad morze kosztuje w obie strony 10,50 euro, a jedzie się zaledwie 35 minut! W Zandvoort najpierw widzi się brzydkie bloki, ale zaraz za nimi jest dzika o tej porze roku plaża, piaszczysta i szeroka. Myślałem, że pojadę i wrócę zaraz, bo pewnie wszystko poza sezonem pozamykane, tymczasem nic podobnego! Wszystko otwarte! No to wszedłem do jednej knajpki, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej… Szczególnie polecam rodzinną knajpę Boomerang, prawie nad samym morzem, mieli zakurzone butelki z destylatami z całego świata, a to Nemrut z Turcji, a to Jaya z Indii, a to Brugal Extra Viejo z Dominikany, pyszności palce lizać, pani właścicielka specjalnie dla mnie poszła do domu przynieść z rodzinnego barku pisco z Chile i meksykański likier w pięknej butli przypominającej głowę Azteka. Hitem wieczoru w Zandvoort jest jednak dla mnie chińska knajpa Asian Delights blisko dworca, za barem dwie śliczne Chineczki, wokół nich na krótkich nóżkach gania obrotny szef z wymodelowaną szpiczastą bródką a’la mandaryn, a w barze dziwa wszelakie, niebywale mocne (od 54 do 62 proc.), niebywale dobre bo destylowane z bambusa, z róży, z prosa, z sorgo... Zapisuję nazwy, każdy trunek był poezją dla mego wrażliwego podniebienia: Mei Kuei Le Chiew, Kao Liang Chiew, Chu Yeh, Ching Chiew i Wu Chia Pi Chiew. Od Chińczyków wyszedłem w pląsach, wiatr nagle ucichł, piasek przestał sypać w oczy, deszcz ustał, a księżyc się uśmiechnął i puścił filuternie oko. Na taki rozwój zdarzeń nie mogłem pozostać obojętnym. Wsiadłem w kolej, ale zamiast do Amsterdamu jak bilet powrotny wskazywał, pojechałem do Haarlem, zobaczyć jak nocą wygląda renesansowy Grote Markt z ogromną katedrą Grote Sint Bavokerk. A przy okazji, zupełnie mimochodem i niechcący, zajrzałem tu jeszcze do baru Trapperij la Comedie, tak mile witany, tak bogato raczony holenderskimi specjałami, a to likiery, a to bittery, a to genevery, że powrót do Amsterdamu okazał się być faktem tak nieznaczącym, że niezapamiętanym. Jak wiadomo, mózg rzeczy niepotrzebne wyrzuca z pamięci. Tylko, ze ja mam notesik. Wynika z niego, że w zanim ułożyłem się do snu odwiedziłem jeszcze cztery bary przy Dam, jednym z głównych placów Amsterdamu. Statystyka wieczoru rekordowa – 27 spróbowanych destylatów, to będzie 27 nowych haseł w leksykonie alkoholi!
Rano nie było mi tak fajnie.

Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 26 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (6) w muzeach
Disorder

Kilka słów o najciekawszych muzeach (o Domu Bolsa i zwiedzaniu browaru Heinekena już pisałem oraz o Kocim Muzeum, z dziwnych dziwów wartych odwiedzenia jest Muzeum Marihuany). Obleciałem ich sporo, wstępy bardzo drogie, bilety od 10 do 15 euro, nie wszystkie honorują legitymację prasową, nie wszystkie honorują Amsterdam Card, generalnie trzeba się przygotować na wydatki. Co jest najciekawsze? Absolutnie numer 1 to Muzeum Van Gogha (Van Gogh Museum), gdzie przechowywanych jest 205 obrazów i ok. 500 rysunków malarza, zdumiewa zróżnicowanie technik malarskich, barw, środków ekspresji, zainteresowań. Są tu m.in.: „Żółty dom w Arles”, „Pokój artysty w Arles”, „Jedzący kartofle”, „Pole ze stadem wron”, wiele autoportretów, jedna z wersji „Słoneczników”. Poza tym są tu obrazy malarzy, których Van Gogh inspirował oraz jego portret ze słonecznikami Paula Gauguina. Wartość tych zbiorów pozwoliłaby zapewne spłacić zadłużenie wszystkich krajów afrykańskich, świadomość tego jest co najmniej kłopotliwa. Kolejny hit to Scheepvaartmuseum – muzeum morskie, mieszczące się w dawnym arsenale z XVII wieku, są tu makiety okrętów, zajebista kolekcja globusów (w tym XVI i XVII wiecznych), wnętrze wieloryba i rozmaite atrakcje dla dzieci, na zewnątrz cumuje ogromna kopia żaglowca Amsterdam z XVIII wieku. Warto też zobaczyć Amsterdams Historisch Museum, świetnie zaaranżowane i ogromne, zbiory od obrazów po makiety, od początków miasta do coffee shopów, multimedia, duże sale, ładnie zaprojektowane gabloty. I jeszcze na pewno dom Rembrandta, bogatą kamienicą, którą malarz kupił za astronomiczną kwotę, teraz są tu grafiki i obrazy – największy zbiór na świecie, pracownia mistrza, kilka odtworzonych pomieszczeń. Dom kupił w 1639 roku, ale potem zmuszony był go wynająć bo nie miał dość kasy. Wrażenie robi także gigantyczna synagoga – Portugese Synagoge z 1675 roku – która z zewnątrz wygląda jak magazyny z czerwonej cegły lub dawna fabryka, z małą synagogą zimową, z galeryjką kobiecą, z wystrojem z XVII i XVIII wieku, bogatą biblioteką i skarbcem udostępnionym do zwiedzania.
Tyle hitów. Brakowało mi muzeum ze zbiorami malarstwa i rzeźby średniowiecznej, w Amsterdamie nie ma bodaj ani jednego obrazu Hieronima Boscha, mojego ulubionego malarza, rodem z Niderlandów przecież. Przesyt natomiast miałem renesansu i baroku, które prezentują m.in. Rijksmuseum (w tym dwie sale z obrazami Rembrandta) czy Hermitage Amsterdam, gdzie trwała czasowa wystawa prac Rubensa i Van Dycka. Można odnieść wrażenie, że historia Amsterdamu zaczęła się w XVII wieku, a przecież imponujący budynek Waag z 1488 roku (obecnie restauracja) pokazuje nam jak potężne musiało być to miasto w średniowieczu. Kilku ważnych muzeów odwiedzić nie zdążyłem, więc tylko wspomnę, że są tu m.in.: muzeum Anny Frank, muzeum historii Żydów, Madam Tussaud, Dungeon Amsterdam czy muzeum tropików.

Więcej...
Skomentuj
Środa, 25 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (5) kanałami
Disorder

Amsterdam można zwiedzać z wody pływając licznymi kanałami, które okalają i przecinają cała starówkę, domy schodzą wprost do wody, jak w Wenecji, zresztą wiele osób mieszka w barkach na kanałach, niektórzy mają nawet niewielkie ogródki na barce, przy każdej kamienicy stoją zacumowane łodzie, motorówki, czasami jachty, lepsze hotele oferują też własny transport kanałami do dworca kolejowego. Są trzy linie canal bus, stateczek zatrzymuje się przy atrakcyjnych turystycznie miejscach (20 euro bilet na cały dzień), są rozmaite stateczki, barki, a nawet wodne motory dla zwiedzających, są nocne imprezy na barkach i pływające restauracje. Wykupując Amsterdam Card (warto bo daje też darmowy transport komunikacją miejską oraz wstęp bez biletów do wielu muzeów, niestety karta kosztuje sporo – na 3 dni 60 euro, ale zwraca się po odwiedzeniu czterech muzeów bo bilety drogie nieprzyzwoicie) można bez dodatkowych opłat popłynąć na godzinny rejs po kanałach z portu przy dworcu kolejowym. Płynie się wąskimi kanałami, pod mostami i mostkami. Woda jest bardzo czysta, kilka razy w tygodniu spuszczana i napełniana poprzez system śluz, pływają po niej łabędzie, kaczki, skrzeczą mewy. Panuje tu spory ruch, tak że barki trąbią na siebie. Z wody miasto jest jeszcze piękniejsze, widać w pełnej okazałości majestat XVII-wiecznych bogatych kamienic, z których większość nachyla się ku kanałom, z ich fasad na poddaszach sterczą belki zwieńczone hakami, domy mają wielkie okna – niegdyś bezpośrednio z wody wciągano nie tylko zakupy, ale i meble bo klatki schodowe są nadzwyczaj ciasne, a schody na piętra niepokojąco strome. Zdumiewa zróżnicowanie domów na barkach, niektóre to prawdziwe rudery, wyglądają jak śmietniska, obok zaś przycumowane są bardzo eleganckie barki, na jednych i drugich żyją ludzie, nie koniecznie biedacy – najczęściej ekscentrycy.

Więcej...
Skomentuj
Wtorek, 24 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (4) OCCII
Disorder

OCCII – ONAFHANKELIJK CULTUREEL CENTRUM IN IT – leżący blisko centrum Amsterdamu klub, to jedna z najbardziej znanych scen alternatywnych w Europie. Mieszczą się w pięknym od fasady budynku, XIX-wiecznego garażu dla tramwajów konnych. Kamienica została zaskłotowana w 1984 roku, pięć lat później skłotersi dostali zgodę na użytkowanie budynku i teraz działają w pełni legalnie. Na dole jest sala koncertowa – to ten dawny garaż, betonowy prostokąt pokryty graffiti, z niewielkim barem, sceną i konsoletą. Poza tym na piętrze są pomieszczenia mieszkalne, biblioteka anarchistyczna, działa tu też m.in. teatr dziecięcy, jest serwis rowerowy itp. Grało tu wiele pierwszoligowych kapel punkowych, anarchopunkowych, HC itp. Ja akurat trafiłem na byle co. Najpierw zagrali jacyś hippiesi w laczkach, przyjechali z Waszyngtonu aż, ale tego się nie dało słuchać. Po nich zagrał The Men, też z USA, trochę ostrzej, trochę bardziej punkowo, ale dla mnie to też hippi byli i po kilku kawałkach wymiękłem, zwłaszcza że w barze na OCCII żadnych ciekawych destylatów nie było. Może nie jestem sprawiedliwy, zamieszczam fragmenty koncertu, publiczności się podobało i przyszło sporo ludzi. Wjazd – 7 euro, piwo w barze – 2 euro. Opóźnienie – tylko 45 minut w stosunku do zapowiedzi.

Więcej...
Skomentuj
Poniedziałek, 23 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (3) w kocim muzeum
Disorder

W Amsterdamie jest jedyne w Europie, a być może jedyne na świecie muzeum kota (The Cat Cabinet). Nie jest to byle jaka kolekcja, lecz pięć sal w wielkiej zabytkowej kamienicy przy reprezentacyjnej ulicy Herengracht, dom pochodzi z XVII wieku. Są tu zarówno niewiele warte drobiazgi – posążki kotów czy obrazki, plakaty itp., ale i prawdziwe dzieła sztuki, wśród nich Picasso i Rembrandt, ale i wielu innych twórców z XIX i WW wieku. Fundatorem i właścicielem muzeum jest Bob Meijer, a stworzył je by upamiętnić własnego rudego kota, po śmierci ulubionego czworonoga, który nazywał się wytwornie bo John Pierpont Morgan. Dodajmy, ze ekspozycja mieści się w stylowym wnętrzu, a freski na ścianach pochodzą z 1620 roku, zaś malunki na suficie z 1870. Pan Meijer ma też wielką bibliotekę książek o kotach, a w sklepiku z pamiątkami można kupić jedną z kilkudziesięciu pocztówek, plakaty, koszulki, etc, poza tym po muzeum przechadzają się leniwie żywe koty.
Moja kotka Muho ma się dobrze, ale już myślę, że też jej się muzeum należy, może bez Picassa i nie w XVII wiecznej kamienicy w centrum Amsterdamu, ale na miarę możliwości…

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 22 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (2)
Disorder

Nie przesiaduję całe dnie w coffe shopach, zwiedzam trochę, a co! Zwiedzam na kacu lecz w dobrym humorze, a zapach zioła idzie za mną krok w krok, choćbym chciał to się nie uwolnię, a nie chcę. Zwiedzam. Dziś zwiedziłem na przykład Dom Bolsa. Mój imiennik Lucas Bols założył w Amsterdamie gorzelnię w 1575 roku. Dziś marka słynie z koktajli, no a na lokalnym rynku znana jest z wielu marek doskonałego genevru. W muzeum może nie ma wiele do oglądania – trochę multimediów, trochę starych butelek, plakatów, najważniejsza jest jednak degustacja. Z biletem niby przysługuje jeden drink i dwa shoty, ale ja wyżebrałem u panów barmanów dwa drinki i pięć shotów, bo wyjąłem notes i zacząłem opisywać smaki, fotografować, cyrk robić jakbym w skarbcu Templariuszy się znalazł i Świętego Graala odnalazł. Ale też kupiłem co nieco w muzealnym sklepiku :) Następnie tanecznym krokiem poszedłem zwiedzać browar Heinekena. Piwa nie lubię za bardzo, ale do browaru było blisko, no i też kusili degustacją. Uległem, człowiek słaby ze mnie. A zabawa była przednia bo zanim polano piwo zaprowadzili wszystkich do sali z filmem 4D poświęconej produkcji piwa z czerwoną gwiazdą i w zielonych butelkach. Trzęsło, bulgotało, lała się woda na głowę, efekty termiczne i sejsmiczne, zapachy i bąbelki wypuszczane z sufitu wypełniły salę. Takie muzea to ja rozumiem!

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 20 Stycznia, 2012
Kartka z podróży - Amsterdam (1)
Disorder

Amsterdam – narkotyki, kurwy, kanały, rowery, tulipany, genever – to tak na początek, pierwsze wrażenia, przyleciałem kilka godzin temu. Bilet na szybką kolejkę z lotniska do centrum (15 minut) kosztuje 3,80 euro.
Mieszkam przy Oudezijds Voorgburgwal, w czerwonej dzielnicy, w małym pokoiku nad fryzjerem, w domu przylegającym do coffee shopu, z oknami wychodzącymi na kanał, cały czas słyszę skrzek mew. W bocznych uliczkach panie kurwy wysiadują w oknach i bez wdzięku prezentują na ogół pokaźne biusty. Wszystkie nacje, wszystkie kolory skóry, co kto lubi, na stojąco też, szybki francuz w bramie – czemu nie, alfonsi wychwalają „towary”. Nie trzeba palić blantów żeby się ujarać bo zapach zioła jest wszechobecny, są nawet specjalne bary z „zieloną energią”, które oferują wyłącznie głębokie miękkie fotele i popielniczki, w innych można zamówić wodną faję z ziołem, w większości jest pełen wyszynk plus grzybki, plus tableteczki, plus coś do noska, full wypas, szaleństwo, diabły i szatani, nawet stara katedra obstawiona jest z jednej strony przez panie kurwy w oknach, z drugiej przez coffee shopy.
Rowerzyście jeżdżą bez poszanowania pieszych, chyba wynajmę rower – 3,50 euro za godzinę, 12 euro za dzień, bezpieczniej jechać niż iść.
Tulipany kwitną cały rok. Trochę przełamują zapach zioła.
Po kanałach suną łodzie (w tym 2500 mieszkalnych), rozleniwiają się łabędzie, skrzeczą wspomniane mewy, no i jest ponad 500 mostów.
Genever – narodowy jałowcowy destylat: młody (jonge), stary (oude), ostry, łagodny, jednokrotnie destylowany, wielokrotnie, w kamionkach lub w szkle. Ale o tym więcej następnym razem bo właśnie degustuję w Admiraale, zajebiście przyjemnej knajpce należącej do gorzelni De Ooievar, są tu wszystkie możliwe gatunki jałowcowych destylatów: korenwijn, jonge i oude jenever, taainagel, klarenaer, roggejenever i masa innych lokalnych wspaniałości, pije i nie mogę zrozumieć dlaczego oni tego nie eksportują na cały świat tylko spożywają zazdrośnie sami.

Więcej...
Komentarze (11) Skomentuj
Środa, 18 Stycznia, 2012
Drwal
Disorder

Świetna jest nowa powieść Michała Witkowskiego, wielokrotnie omal się nie oplułem parskając ze śmiechu. Wielopoziomowe metafory, z odniesieniami do kultury masowej i do literackiej spuścizny z Gombrowiczem na czele, ale przede wszystkim krzywe zwierciadło, w którym odbija się sam autor „Lubiewa”, bohater tej książki. Znudzony Warszawką i rolą celebryty, dyżurnej cioty dla kolorowych magazynów, w poszukiwaniu nowych tematów ucieka poza sezonem do Międzyzdrojów, gdzie pusto, brudno i bidnie, a główną atrakcją są łykane garściami środki psychotropowe, które gwarantują długi, z rzadka przerywany potrzebami fizjologicznymi, zimowy sen. Zagmatwana kryminalna intryga nie ma tu większego znaczenia, wartością tej powieści są portrety ludzi i miejsc, a przede wszystkim niezwykłe poczucie humoru – pełne autoironii (Michał Witkowski, ikona polskiego pedalstwa, węszący okazji żeby zadupczyć i adorujący młodocianego żulika), ale i krytycznie, a i z detalami, rejestrujące szarą prowincjonalną rzeczywistość, tęsknoty lujków, nocnych stróżów, małomiasteczkowych sprzedawców i starzejących się kobiet, które wyszukują atrakcji mniej jako receptę na nudę, bardziej jako wyznacznik własnego statusu względem sąsiadek. Wydawało się, że po „Margot” Witkowski wyeksploatował do reszty sposób myślenia, mówienia i zachowania mieszkańców Polski B., ale nic podobnego. Wielki talent obserwacji, a przede wszystkim rewelacyjne ucho autora, sprawiają, że te piramidalne bzdury czyta się niczym reportaż, są tak niezwykle sugestywne.

Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Poniedziałek, 16 Stycznia, 2012
Soul Side Story
Disorder

Autobiografia Tomasza Budzyńskiego, lidera Armii, liczy ponad 400 stron i, nie oszukujmy się, jest to materiał bardzo nierówny, łączący elementy dziennika, wspomnień, przemyśleń, bez wątpienia książce przydałby się dobry redaktor, choćby po to by wyeliminować powtórzenia. Nie mniej Budzyński stworzył bardzo ciekawy dokument sceny alternatywnej, a przynajmniej jej części – począwszy od 1983 roku, kiedy zadebiutował jako wokalista zespołu Siekiera po dziś. Na swój sposób urzeka bezpretensjonalność tej opowieści i szczerość w ocenie siebie, innych ludzi, w recenzjach muzycznych, we wspomnieniach zdarzeń. Pozornie spokojne, zaskakująco uporządkowane wspomnienia aż kipią od emocji, no i pulsują muzyką. Budzyński miał szczęście pracować z wielkimi osobowościami sceny niezależnej, jak: Tomasz Adamski, Robert Brylewski, Dariusz Malejonek, Tomasz Kożuchowski, Mateusz i Marcin Pospieszalscy, Robert Friedrich i inni. Nie obywało się bez konfliktów, czego w książce nie ukrywa, ale nawet gdy one były, to w ocenach Budzyński jest sprawiedliwy, oddziela sprawy osobiste od artystycznych. Wiele opisanych zdarzeń było już relacjonowanych przez inne osoby, więc „Soul Side Story” jest też dodatkowym przyczynkiem do rodzimej historii zbuntowanego rocka. Jakim człowiekiem jawi się Budzyński ze swojej autobiografii? Poszukującym, ciekawym świata, umiarkowanie neurotycznym, religijnym, bardzo rodzinnym, kochającym muzykę, oczytanym. W sumie nie najgorzej.

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 15 Stycznia, 2012
Odszukać Listopad
Disorder

Wczoraj na warszawskim skłocie Elba było wyjątkowo gorąco nie tylko za sprawą stojącej w małej sali kozy. Przyszło 200 osób, biorąc pod uwagę, że duża sala jest wyłączona, tłum niemal rozsadzał pomieszczenie. Nie spodziewałem się, że tak wielu fanów ma grupa Odszukać Listopad. Grają emo/core w najlepszym wydaniu i wygląda na to, że stają się godnym następcą nieodżałowanych Złodziei Rowerów, w ich muzyce jest równie wiele emocji, zarówno liryzmu, jak i wściekłości, gniewu, zaangażowania. Trochę na Elbie zabrakło mi drugiego wokalu, który przełamywałby krzyk, ale i tak było świetnie. Polecam dwie wydane płyty kapeli - z 2006 i 2008 roku.
Świetnym interludium dla Odszukać Listopad było równie emocjonalne Hard To Breath, zresztą kolejny raz grali na Elbie, to ekstremalny hard core, kaskada ostrych dźwięków. Na początek zagrało Sailor's Grave, które nie bardzo miało szansę żeby pokazać swoje możliwości bo siadało nagłośnienie z mikrofonem w szczególności.

Więcej...
Skomentuj
Piątek, 6 Stycznia, 2012
Listy do młodego pisarza
Disorder

Krótka książka, będąca niezwykłą wędrówką w świat lektur i warsztatu twórczego peruwiańskiego Noblisty. Sam Llosa zapowiada, że to „książka bardzo osobista i, w pewnym sensie, coś na kształt autobiografii”. Autobiografii twórczej, jeśli za biografię pisarza uznać możemy jego sposób rozumienia literatury, czytelnicze fascynacje i ścieżki jakimi podąża wyobraźnia. Bo „Listy do młodego pisarza” nie oferują nic więcej – ani podróży, ani namiętności, ani rozczarowań, ani złości, ani żadnych szczegółów z bogatego – także politycznie – życia autora „Miasta i psów”. A zatem w typowym rozumieniu o autobiografii nie może być mowy, a jednak dowiadujemy się dostatecznie dużo o Llosie jako o pisarzu; przedstawiając technikę pracy zdradza nam więcej niż gdyby opowiadał swoje życie.
Dowiadujemy się nie tylko tego jak konstruować fabułę, jak tworzyć pełnokrwiste postaci, jak rozporządzać czasem narracji, jaki jest arsenał sztuczek by oczarować czytelnika, bo oczarowanie, wciągnięcie we własny fikcyjny świat jest podstawowym warunkiem dobrej prozy. Dowiadujemy się więcej, poznajemy pisarskie rozczarowania, nie tylko własnymi ograniczeniami, ale także zewnętrznym światem, który z natury swej nie może dorównywać wyobrażeniom. „Zakwestionowanie rzeczywistości, które jest ukrytą racją tworzenia – literackiego powołania – daje w efekcie niepowtarzalne świadectwo epoki. Życie opisane w powieściach, zwłaszcza najlepszych, nigdy nie jest tym jakie n a p r a w d ę było udziałem ich autorów, czytelników, miłośników; jest fikcją, którą autorzy wymyślili, wykreowali sztucznie, ponieważ nie mogli w nim uczestniczyć, a nie mogąc, zadowolili się przeżywaniem pośrednim, subiektywnym, właściwym snom i zmyśleniom. Fikcja to kłamstwo skrywające głęboko prawdę – życie, które nie zaistniało, którego ludzie danej epoki chcieli doświadczyć, lecz nie doświadczyli, toteż nie pozostało im nic innego, jak je wymyślić (...) i zapełnić odkrywaną dookoła i zaludnianą tworami wyobraźni pustkę” – ostrzega Llosa.
Niezwykle interesujące są godne literaturoznawcy omówienia lektur pisarza, tych książek, które go olśniły, inspirowały, zachwycały. Poza masą pisarzy hiszpańskojęzycznych z Cervantesem na czele (ale i Borgesem, Carpentierem, Marquezem czy Cortazarem), są tu m.in.: Faulkner, Hemingway, Malraux, Camus, Sartre, Flaubert, Balzac, Grass, Becket, Dickens, Kafka, Proust, Wirginia Woolf. Najbardziej zdumiewającą, wielokrotnie w tej książce przywoływaną literacką inspiracją jest opowiadanie pt. „Dinozaur” Gwatemalczyka Augusta Monterroso. To opowiadanie składa się z jednego tylko zdania, więc je zacytuję w całości: „Kiedy się obudził, dinozaur wciąż tam był”. Analizie tego jednego zdania Llosa poświęca wiele stron, znacznie ciekawszych niż gwatemalskie rzekome arcydzieło.

Więcej...
Skomentuj
Wtorek, 3 Stycznia, 2012
Styczniowy smutek
Łukasz

Wczoraj zmarły dwie bardzo bliskie mi osoby.
Moja babcia, Hanna Morawiecka, w ostatnich latach ciężko chorowała, była już pogodzona ze śmiercią, przynajmniej takie mieliśmy wrażenie. Odeszła w ciszy, w gronie najbliższych, dożyła późnych lat, a jednak pozostaje w sercach smutek i żal. Straszna jakaś pustka w domu, ten biedny babci pies, przerażony, milczący, skulony, chyba zrozumiał, że babcię wynieśli, że nigdy jej już nie będzie. Każdego to czeka, a jednak śmierć jest przerażająca, zabiera bezpowrotnie, pozostają przedmioty, czasem zwierzę, czasem bliscy ludzie, ale z czasem pamięć się zaciera. Zabiera się na zawsze marzenia, pragnienia, tęsknoty, wspomnienia, pasje itd.
Babcia była mi szczególnie bliska. Nauczyła mnie kochać sztukę, szczególnie teatr i rosyjską literaturę, do jej ulubionych pisarzy należeli: Turgieniew, Gogol, Gonczarow, Erenburg, Majakowski, ale i Dostojewski, Lew Tołstoj, Bułhakow, zaczytywała się Canettim i Kawką, lubiła sztuki Strindberga, humor Mrożka, surowość Tadeusza Różewicza. Kochała film, z którym związała swoje życie. Była wybitnym kostiumografem. Ma w swoim dorobku ponad pięćdziesiąt filmów fabularnych i liczne seriale, projektowała kostiumy m.in.,. do filmów: „Skąpani w ogniu”, „Barwy walki”, „Zielone lata”, „Tragarz puchu”, „Skrzypce Rotszylda”, „Obywatel Piszczyk” oraz licznych bardzo popularnych seriali, m.in.: „Banda Rudego Pająka”, „Siedem życzeń”, „Sherlock Holmes i Doktor Watson”, „Doktor Murek”, „Przyjaciele”, „Zielona miłość”, „07 zgłoś się”, „Szaleństwo Majki Skowron” (spędzałem z babcią lato na planie tego filmu), „Stawiam na Tolka Banana”, „Kolumbowie”, „Do przerwy 0:1”, wreszcie arcydzieło „Wojna domowa”.
Pracowała dla kinematografii polskiej przez blisko 40 lat. Była niesłychanie towarzyska, ciekawa świata, ludzi, wydarzeń. Wybuch wojny w 1939 roku przerwał jej edukację, uczyła się na tajnych kompletach, powstanie przeżyła w Warszawie razem z matką i trzema siostrami oraz rodziną Żydów, których ukrywali z narażeniem życia. W Yad Vashem jest tablica upamiętniająca je (babcia z domu była Kwiecińska), z dumą do śmierci trzymała nad łóżkiem dyplom przyznający jest tytuł Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, ważniejszy dla niej niż odznaczenia państwowe czy resortowe.
Pozostawiła córkę (na zdjęciu mama i babcia, wigilia 2005), dwoje wnuków i prawnuka oraz wielki krąg przyjaciół.

Więcej...
Komentarze (10) Skomentuj
Poniedziałek, 2 Stycznia, 2012
Słaby rok w literaturze
Disorder

Rok 2011 nie przyniósł żadnych literackich objawień, niewiele było bestsellerów, niewiele społecznych debat poświęconych książce, tak naprawdę niewiele książek wartościowych. A przypomnijmy, że w 2010 roku ukazały się m.in. tak donośne pozycje jak „Kapuściński non-fiction” Domosławskiego, „Good night Dżerzi” Głowackiego czy „Na grobli” Rylskiego...
„Gazeta Wyborcza” 31 stycznia zamieściła podsumowanie literackich wydarzeń roku. „Czysto literackich zaskoczeń było w nim jak na lekarstwo. Nie wydarzył się żaden literacki skandal ani odkrycie, choćby z importu. Najbardziej ekscytującym debiutem roku okazała się nieoczekiwanie autobiografia Danuty Wałęsy” – pisze w „GW” Juliusz Kurkiewicz.
Podsumowaniu towarzyszył subiektywny wybór najważniejszych książek roku:
„Cmentarz w Pradze” Umberto Eco, „Czarna bezgwiezdna noc” Stephena Kinga, „Dom żółwia. Zanzibar” Małgorzaty Szejnert, „Drwal” Michała Witkowskiego, „Dzienniki, t. III” Jarosława Iwaszkiewicza, „Higieniści” Macieja Zaremby Bielawskiego, „Kocha, lubi, szanuje” Alice Munro, „Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier, „Książka” Mikołaja Łozińskiego, „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy, „Mapa i terytorium” Michela Houellebecqa, „Miłosz. Biografia” Andrzeja Franaszka, „Parrot i Olivier w Ameryce” Petera Careya, „Skrzydła gołębicy” Henry Jamesa, „Wada ukryta” Thomasa Pynchona, „Włoskie szpilki” Magdaleny Tulli, „Wolność” Jonathana Franzena, „Złote żniwa” Jana Tomasza Grossa i Ireny Grudzińskiej-Gross, „Źle ma się kraj” Tony’ego Judta.
Mam całkowicie odmienne typy, które pozwolę sobie przedstawić w czterech kategoriach:
Proza polska: Jacek Dehnel – „Saturn”, wydawnictwo W.A.B.
Proza obca: Vladimir Nabokov – „Przezroczyste przedmioty”, Muza (pierwszy polski przekład)
Eseistyka: Bernard Poulet – „Śmierć gazet i przyszłość informacji”, Czarne
Historia: Andrzej Friszke – „Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty”, Krytyka Polityczna.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 30 Grudnia, 2011
Dziennik pisany później
Disorder

Wszystkie książki Andrzeja Stasiuka opisujące południe Europy, poczynając od „Jadąc do Badabag” przez „Taxim” po „Dziennik pisany później”, stanowią jakby jedną rozwleczoną opowieść. Ta sama monotonna narracje, te same doświadczenia, obserwacje, czasami czytelnik gubi się, czy wspomniana scenka dotyczy tej historii, czy którejś z wcześniejszych, czy ta chałupa już nie stanowiła scenografii, czy te świnie już wcześniej nie przebiegały drogi w tym samym, a może podobnym miejscu itd. Czy to wada? Sprawa oczekiwań czytelnika, wszystkie te książki są bardzo plastyczne, zachwycają spostrzeganiem detali i umiejętnością snucia gawędy. Wnioski to sprawa indywidualna, Stasiuka, jeden się pod nimi podpisze, inny będzie kręcił nosem, natomiast odwagi pisarzowi odmówić nie można. W jakimś sensie „Dziennik pisany później”, który rozpoczyna się na bezdrożach Albanii, gdzieś nad Jeziorem Komani, a kończy w Licheniu, Płocku, Poznaniu i innych polskich miastach, jest najbardziej śmiałym manifestem Stasiuka. Manifestem buntu, odmienności czy też obcości. Pisarz nigdzie nie znajduje swojego miejsca, owszem bliższa jego sercu jest Macedonia niż bogata Holandia, ale wszędzie jest gościem. A Polska go złości, złości go klerykalizm, przywiązanie do symboli, wszechobecny kicz, który – o ironio – niejednokrotnie zachwycał go gdzie indziej („Taxim” to na dobrą sprawę pochwała kiczu). Mi bunt Stasiuka jest bliski i w „Dzienniku pisanym później” najbardziej podobały mi się ostatnie partie poświęcone Polsce, która według pisarza nie jest wcale lepsza ani gorsza od Serbii czy Rumunii, nie lepsza ale bardziej boli, bo to jednak ojczyzna. Jednocześnie trochę mi żal, że Stasiuk w ostatnich latach wciąż pisze tą samą książkę, bo przecież jest on autorem tak różnych literacko kreacji jak „Biały kruk” (moim zdaniem najlepsza jego książka) czy „Mury Hebronu”. Chciałoby się by wrócił już z podróży, zawiesił na kołku plecak i przynajmniej jakiś czas znów spędził w Bieszczadach.

Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 29 Grudnia, 2011
Pierwsi czytelnicy
Disorder

Moi pierwsi czytelnicy to analfabeci.
Od ponad miesiąca pracuję nad nową powieścią, jej tytuł to "Bandyci Rodriguez". Każdy rozdział czytam na głos moim pierwszym czytelnikom, a oni mruczą z aprobatą. Lubią jak im czytam, do śniadania, do obiadu, do kolacji, do poduszki. Słuchają w skupieniu i strzygą uszami.

Więcej...
Komentarze (3) Skomentuj
Środa, 28 Grudnia, 2011
Traktat o szczęściu
Disorder

„Historia świata sama w sobie jest już swego rodzaju marzeniem. Opowieść o wysiłkach podejmowanych przez ludzi, by zrozumieć tę historię, to marzenie następne. Hipotezy, które ukażą się teraz naszym oczom, to marzenie o marzeniu. Jak sam wszechświat, jak życie każdego z nas, ta książka jest długim marzeniem” – pisze o swoich poszukiwaniach francuski filozof Jean d’Ormesson. Jego „Traktat o szczęściu” jest bardzo poetycką, choć trochę pretensjonalną, próbą podsumowania ludzkich poszukiwań, marzeń, pragnień, tęsknot, lęków. Na końcu tych pytań jest nie szczęście, lecz śmierć – cóżby innego, wszak to koniec ostateczny. „Życie jest piękne. Zdarza się, że okrutne. Lecz jednak piękne. I jakiekolwiek by było, z tego czy innego powodu, mocą jakiegoś cudu jesteśmy do niego przywiązani. (...) I to życie, takie długie, często bez końca, nagle okazuje się za krótkie. Jest skończone. Odchodzi”. A szczęście? Też odchodzi, nie ma rady, więc cieszmy się póki jest.

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 25 Grudnia, 2011
Cmentarz w Pradze
Disorder
Powieść zbierająca wszystkie możliwe niepoprawnie politycznie poglądy nie tylko na temat Żydów, ale i masonów, chrześcijan, Francuzów, Prusaków, Włochów, Rosjan. Bohater tej misternej opowieści, fałszerz i tajny agent Simone Simonini, nienawidzi wszystkich, nie wyłączając kobiet. Bez reszty zdeprawowany, pozornie tylko owładnięty żądzą zysku, gdyż w ostatecznym rachunku pieniądze nie są mu do niczego potrzebne, na potrzeby rozmaitych wywiadów fabrykuje najbardziej odrażające fałszywki, rozwijając przy tym narracyjne talenty. Gdy trzeba zdradza sojuszników, morduje niewygodnych świadków, zabija jedyną kobietę z jaką miał fizyczny kontakt obrzydzony tym, że ona mogłaby urodzić mu dziecko, że to dziecko mogłoby być Żydem... itd. Simonini to najgorsza kreatura, polaryzująca w sobie całą ksenofobię Europy połowy XIX wieku, która w XX wieku przeniosła się z salonów na ulicę i eksplodowała w formie zbrodniczych totalitaryzmów.
Simone Simonini fabrykuje kolejne zmyślone dokumenty, tworzy w swojej wyobraźni spiski obciążając niewinnych ludzi, roi sobie eksterminację całego narodu żydowskiego, a jednocześnie żyje w ciągłej obawie o własne życie. Lęki i konfabulacje sprawiają, że zaczynają mu się plątać fakty, gdy zakłada perukę, gdy przykleja sztuczne wąsy, gdy wkłada habit księdza - nie wie, kim jest naprawdę, czy samym sobą, czy jednym ze swoich wcieleń, czy może jedną z własnych ofiar, które ukrywa w piwnicy. W ten sposób równocześnie prześladuje i jest prześladowany, żyje w potwornym kręgu kłamstw, rojeń, donosów, tajemnic.
Historię Simoniniego Eco pisze jest w stylu XIX wiecznej powieści przygodowej, w której wartka akcja łączy się z wizją społeczną. „Cmentarz w Pradze” to książka mroczna, ale nie pozbawiona sytuacji humorystycznych i chodź osadzona w XIX wieku na swój sposób ponadczasowa, jak ponadczasowa jest ludzka głupota, chciwość i nienawiść do wszystkiego, co obce. Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 18 Grudnia, 2011
TZN Xenna kapela bezcenna
Disorder

Po raz pierwszy po 24 latach TZN Xenna zagrała wczoraj w Warszawie i był to powrót w wielkim stylu. Zagrali łącznie 25 kawałków, wszystkie znane, dwa nowe, gdy grali drugi raz "Gumę" za bębnami usiadł Gogo Szulc. Przyszło ponad 600 osób, zjechali się ludzie z całej Polski, niektórych nie widziałem od podstawówki, średnia wieku na sali była zdecydowanie wyższa niż na większości punkowych koncertów, nic dziwnego - dla ludzi, którzy pamiętają lata 80. TZN Xenna to legenda. Ale pod sceną nie brakowało także nastolatków, dla których koncert z pewnością także był wielkim wydarzeniem - bo kto jeszcze rok temu liczył, że TZN Xenna znów zacznie koncertować i to w pełnym wymiarze, bo wczoraj grali przez półtorej godziny! Dla porównania posłuchałem sobie dzisiaj starej TZN Xenny z lat 80. i ta w nowym wydaniu jest nawet lepsza, a co najważniejsze wierna swojemu wizerunkowi, żadnego niepotrzebnego udziwniania, żadnych wstawek ska, nawet nowe utwory są w starym stylu - surowego polskiego punk rocka, będącego zjawiskiem niepowtarzalnym, bo nikt tak nie grał ani w Wielkiej Brytanii, ani w USA, ani w Czechosłowacji, NRD czy ZSRR. W Polskim punku z tamtego okresu był nie tylko bunt, były prawdziwe emocje, a przede wszystkim zero komercji.
Przed Xenną bardzo fajny koncert dał Wschód - bezkompromisowy punk, brudny jak praskie ulice. Znakomicie wypadło The Lunatics - grają wesołego punka w najlepszym wydaniu, przypominają mi czeskie Fialky, a wyglądają na scenie jak Argies. W PRL brzmieli znacznie mniej chłopięco niż na swojej płycie "Tu i teraz".
Co do klubu Punkt & Radio Luxembourg, to jest to dzisiaj najlepsze miejsce do grania punk rocka w Warszawie i cieszę się, że Xenna zagrała właśnie tam, a nie w Proximie czy Stodole. Przy 600 osobach warto jedynie pomyśleć o dodatkowym kiblu - latem przed klubem stał toi toi i dobrze gdyby wrócił na swoje miejsce.

Więcej...
Komentarze (6) Skomentuj
Poniedziałek, 12 Grudnia, 2011
Sztuka na cenzurowanym - wystawa w Zachęcie
Disorder

W żadnej innej galerii taka wystawa nie miałaby swojej mocy. Warszawska Zachęta jak żadne inne miejsce kojarzy nam się z zamachami na wolność twórczej wypowiedzi, a jeżeli dodamy zamach na prezydenta Narutowicza, to na wolność, demokrację w ogóle. Przypomnijmy tylko kilka głośnych zdarzeń z ostatnich lat - uszkodzenie przez posła Tomczaka rzeźby Cattelana ukazującej Jana Pawła II przygniecionego meteorytem, Daniela Olbrychskiego tnącego szablą portrety aktorów w faszystowskich mundurach, protesty przeciwko "dewiacyjnej" jak pisano wystawie "Ciepło/zimno - Letnia miłość"... Wystawa przygotowana przez Goshkę Macugę przypomina te i inne zdarzenia (m.in. głośne kontrowersje wokół instalacji "Pasja" Doroty Nieznalskiej, zakończone procesem i wygraną artystki - wystawa miała miejsce w 2001 roku w Galerii Wyspa w Gdańsku). Ekspozycja powstawała wokół problemu cenzury w sztuce polskiej po 1989 roku, ataków na obiekty sztuki, artystów, kuratorów, dyrektorów, instytucje. Zamieszczono tu m.in. wycinki prasowe, a także listy pisane przez oszołomów - do ministrów, kuratorów wystaw, samych twórców, dyrektorów muzeów, często zawierające pogróżki (np. "A.Rotterberg dostaniesz meteorem i zobaczysz swoją drogę i gwiazdę"). Wyraźnie pokazują, że wolność twórczej ekspresji nie jest dla społeczeństwa czymś oczywistym i niejednokrotnie wymaga od artysty, ale i kuratora wystawy, odwagi. A jednym z najlepszych przykładów tego, jak miałkie jest u nas przywiązanie do wolności wypowiedzi jest wypowiedź ministra kultury Kazimierza Ujazdowskiego (z 2000 roku), po tym jak zwrócił się do dyrekcji Zachęty nakazując zamknięcie wystawy "Naziści" Uklańskiego: "społeczeństwo nie jest przygotowane do odbioru sztuki". To chyba najsmutniejsza rzecz, jaką mógł zakomunikować minister kultury i SZTUKI.
Warto wybrać się na wystawę Goshki Macugi i uważnie wczytać w prezentowane tam dokumenty. W czwartki wstęp do Zachęty jest bezpłatny.

Więcej...
Skomentuj
Sobota, 10 Grudnia, 2011
W Kaliszu
Disorder

Wczorajsze spotkanie autorskie w pubie Beka w Kaliszu było ostatnim w tym roku, następne zapewne dopiero w lutym, kiedy ukaże się moja nowa powieść "Krzyk kwezala". Było bardzo głośno i przyszła masa sympatycznych ludzi. Drugi raz w tym roku mówiłem o literaturze przed występem zespołu Wolf & The Motherfuckers - prywatnie bardzo sympatyczni długowłosi. After party trwało długo, ale nawet nie mam dziś kaca. Dzięki i pozdrowienia dla wszystkich, specjalne podziękowania dla Doroty za poprowadzenie spotkania. Zdjęcia chyba dobrze oddają atmosferę.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 9 Grudnia, 2011
MassMilicja i Life Scars
Disorder

Koncert MassMilicji i Life Scars odbył się w dziwnym miejscu, klubie Eufemia na tyłach warszawskiej ASP, nigdy tu wcześniej nie byłem, nagłośnienie było fatalne, wokali prawie nie było słychać. Obydwa zespoły bardzo lubię, obydwa działają od niedawna, ale tworzą je muzycy, którzy wcześniej zaliczyli kilka kapel jak choćby LD50 czy Czas Złamać Prawo. MassMilicja nie ma szczęścia do nagłośnienia, to kolejny ich koncert, na którym perkusja zagłusza muzykę, ale wydali właśnie własnym sumptem demo z czterema kawałkami, które pokazują ich możliwości. Przypominają dawną dobrą Guernikę y Luno, zarówno zaangażowanymi społecznie tekstami, jak i muzycznym bogactwem, czy jak kto woli chaosem. Mi najbardziej podobają się ich „Komitety”, choć bez wątpieniua najbadziej przebojowe są „Pociski zamiast słów”, które w Eufemii (a i na płycie demo) wykonali razem z Izą z Life Scars. Iza to moim zdaniem jedna z najlepszych wokalistek na scenie HC, drobna dziewczyna o potężnym głosie. Kapela istnieje już dwa lata, jeśli mnie pamięć nie myli, nagrali rewelacyjną płytę o zdecydowanie ostrym, brudnym brzmieniu. Jak dla mnie są rewelacyjni. Wrzuciłem cały koncert na YouTube, możecie sami ocenić.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Sobota, 3 Grudnia, 2011
Carlos Fuentes: Wola i fortuna
Disorder

Skorumpowany, biedny, cierpiący, krwawiący Meksyk. Ponurą historię na kartach nowej powieści Carlosa Fuentesa snuje ucięta głowa, a są to tego typu opowieści:
„Chłopaka z blizną na plecach porwano, żeby wyjąć mu nerkę, a następnie sprzedać ją Amerykanom, dobrze płacącym za organy. Ciesz się, że jedna wystarczyła, matołku. Postanowił więc odszukać tych, którzy go uprowadzili, uśpili i zoperowali. Ponieważ jednak mu się nie udało, przeprawił się przez granicę i zaczął jeździć od jednego amerykańskiego szpitala do drugiego, by efektowną laską z Apizaco rozbijać naczynia, w których przechowywano przeznaczone na przeszczep nerki. Zostawiał za sobą potłuczone szkło, rozlane płyny. Nerki zabierał, gotował i zjadał zawinięte w tortillę – wielkie taco z amerykańskim mięsem, pożerane przez mściwego Meksykanina”.
Nie jest to przyjemna i relaksująca lektura. A Carlos Fuentes, najwybitniejszy żyjący meksykański pisarz, wciąż czeka na literackiego Nobla. Mam nadzieję, że doczeka.

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Niedziela, 27 Listopada, 2011
Deuter w Fonobarze
Disorder

Paweł Kelner po tylu latach wciąż jest w doskonałej formie. Wczoraj w Fonobarze zagrali szesnaście utworów, głównie starych - zacznając od tych, które powstały jeszcze w 1980-81 roku, jak "Jeden świat" czy "Pistolet", po produkcje najnowsze: "Głupota z dyplomami", "Śmieci i diamenty", "Jestem dzieckiem", "Na Królewskim Trakcie" czy "Dziś". Deuter promuje swoją nową płytę "Śmierć i diamenty", nie słyszałem jej jeszcze, ale nadrobię zaległości, bo płyta też jest staro-nowa, a Deuter brzmi jak w najlepszych swoich czasach - bez udziwnień i chórków, które pamiętam z drugiej połowy lat 80. (Róbrege). Deuter zresztą wielokrotnie zmieniał wizerunek, miałem okazję oglądać ich na scenie chyba we wszystkich okresach aktywności - w pierwszej połowie lat 80., potem na wspomnianym Róbrege bodaj w 1987 roku oraz w późnych latach 90., chyba najsłabszych twórczo. Po raz ostatni widziałem ich w czerwcu 2001 roku w CDQ na urodzinach Praffdaty, a koncert ten był dla mnie o tyle szczególny, że znalazł się w scenie otwierającej moją pierwszą powieść "Xenna moja miłość" (bohaterowie poznają się na tym koncercie Deutera właśnie). Potem o Deuterze długo było cicho, jeśli nie liczyć płyty Dezertera "Deuter", zresztą zupełnie udanej i dobrze podsumowującej dorobek zespołu.
Przed Deuterem w Fonobarze zagrała wczoraj grupa Żelazna Brama. Słyszałem ich pierwszy raz i byłem pod wrażeniem, bo dziś nikt tak nie gra. Przypominają nowofalowe kawałki Braku czy Śmierci Klinicznej (tylko zupełnie inny jest wokal), doskonale pasowali jako interludium dla weterana Pawła Kelnera.

Więcej...
Komentarze (6) Skomentuj
Piątek, 25 Listopada, 2011
Blady ogień
Disorder

Ta książka to jawna kpina autora „Lolity”, drwi on sobie z konwencji powieści, poematu, pracy krytycznoliterackiej, drwi z samych krytyków i lingwistów, z redaktorów, wydawców i korektorów, złośliwie puszcza oko do swoich przyszłych biografów i wystawia na ciężką próbę zdumionych czytelników. Ta książka miesza konwencje, narracje, czasy, miejsca. Alternatywne światy przenikają się bez ładu, a czytelnik nie wie z jaką opowieścią i przez kogo opowiadaną, ma do czynienia. Czy jest to opatrzony komentarzami wariata poemat tragicznie zmarłego genialnego poety? Czy to podwójna mistyfikacja szaleńca? Czy może wyrafinowana gra literacka? Konstrukcja książki składa się z czterech niejasnych części – przedmowy do poematu napisanej rzekomo przez jej redaktora Charlesa Kinbote (nazwisko, jak się później przekonujemy najprawdopodobniej fałszywe), właściwego poematu w czterech pieśniach i 999 wersach spisanych przez zastrzelonego poetę Johna Francisa Shade’a, będącego czymś na kształt podsumowania życia, zupełnie oderwanych od tekstu poematu komentarzy również napisanych jakoby przez Kinbote, oraz rozbudowanego indeksu, który jest swego rodzaju komentarzem do komentarzy. Kinbote snuje alternatywną historię fikcyjnego królestwa Zembli przedstawiając się jako władca Karol Ukochany. To jednak jedna z wielu opowieści w opowieści, w której te same osoby występują pod różnymi imionami, i w której nie jesteśmy w stanie rozdzielić rzeczywistości od fikcji. Bo rzeczywistości nie ma, a fikcja ma wymiar totalny.
Nie pierwszy raz Nabokov udowadnia, że historię można tak zagmatwać, że nawet uważny czytelnik nie będzie na koniec w stanie określić jej narratora. O „Bladym ogniu” krytycy napisali kilka książek, rozwiązania zagadek fabularnych jednak nie znaleźli, a sam Nabokov w udzielanych wywiadach zdawał się mylić tropy, wszak wyraźnie chciał sobie z badaczy zadrwić.
Drwina to jednak najwyższych literackich lotów, choć książka nie jest łatwa w lekturze, zmusza czytelnika do ciągłego przewracania kartek by porównywać wersy poematu z komentarzami szalonego redaktora, dochodząc do wniosku, że jedno ma się nijak do drugiego, komentarz pisany jest niezależnie od dzieła. Autorem polskiego przekładu części pisanej wierszem jest Stanisław Barańczak. Ciekawej próby interpretacji „Bladego ognia” w obszernym posłowiu dokonał Leszek Engelking.

Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 24 Listopada, 2011
Wolfgang Tillmans Zachęta Ermutigung
Disorder

W warszawskiej galerii Zachęta rozpoczęła się właśnie wystawa (w czwartki wstęp za darmo) prac znanego niemieckiego fotografika Wolfganga Tillmansa, który eksperymentuje głównie z materią światłoczułą, dowodząc, że tradycyjne formy nie ustępują możliwościom jakie daje dziś obróbka cyfrowa. Jednocześnie jednak chętnie korzysta z formy druku cyfrowego zdjęć, tu bowiem dużą rolę odgrywa sama faktura podłoża, farby, tuszu. Są też zdjęcia niemal reporterskie, zdjęcia ocierające się o seksualność ("Nagi" czy "Całus"), ale i kolaże. Są tu całkowite abstrakcje, jak fotografie kropli pigmentu, które rozpuszczają się w wodzie z cyklu "Freischwimmer" czy fotografie powyginane niczym płaskorzeźby. Wystawa pokazuje spektrum zainteresowań niemieckiego fotografa, ale też irytuje widza nieporządkiem, chaosem panującym w wystawowych salach, nie rozumiem koncepcji kolejności i wyboru zdjęć (nie podpisanych, korzystać trzeba z marnej jakości ulotek z planem wystawy).
Po obejrzeniu wystawy w Zachęcie Wolfgang Tillmans jawi nam się jako wysokiej klasy specjalista w dziedzinie techniki fotografii. Zdolny rzemieślnik. Ale czy artysta? Ta wystawa skłania do refleksji nad granicą między sztuką a warsztatem artysty. Zwłaszcza prace wideo Tillmansa rejestrujące gotujący się groszek, śpiącego psa, śpiącego mężczyznę - gdzie w tym niepowtarzalność, gdzie wyjątkowość dzieła? Ale podobnie jest z eksperymentami na kliszach. Wymagają one cierpliwości, precyzji, znajomości techniki, problem jednak w tym, że podobne efekty uzyska dziś amator z oprogramowaniem Photoshop. Czy to znaczy, że rzeczywiście technika sprawia, że każdy może być artystą? Nie sądzę, choć nad śpiącym psem zawiesić kamerę to na pewno nie sztuka. Jasne, Tillmans nie korzysta z cyfrowej obróbki, poznał alchemię fotografii i trzeba to docenić, ale czy się zachwycić? Sztuka według mnie powinna nosić znamiona niepowtarzalności, rzemiosło jest tu wtórne, powinna też wyrażać samego artystę, tymczasem na podstawie zdjęć z Zachęty o Tillmansie dowiadujemy się niewiele, możemy domyślać się homoseksualnych skłonności i wrażliwości na inność, co jednak poza techniką interesuje go w sztuce? Tego zdjęcia nie mówią, bo raz go interesują detale, innym razem światła, a kiedy indziej perspektywa, ale może kuratorzy wystawy chcieli pokazać zbyt wiele, przez co mimo wszystko pokazali niewiele.

Więcej...
Skomentuj
Środa, 23 Listopada, 2011
Alfabet zakochanego w Meksyku
Disorder

Agawa, burritos, cantinas, chilli, de Sahagun, enchilada, Carlos Fuentes, frijoles, futbol, gusano, jaguar, kaktusy, kwezal, limonka, mezcal, Montezuma II, Monte Alban, pelota, PEMEX, pulque, Querétaro, Rio Grande, Diego Rivera, salsa, Sierra Madre, sombrero, szamani, tacos, tequila, tortilla, Veracruz – to hasła, które przychodzą mi do głowy na myśl o Meksyku, których nie znalazłem w alfabecie francuskiego podróżnika i filmowca, Jeana-Claude’a Carriére. A dodałbym do tego wiele haseł bardziej osobistych. Meksyk jest tak bogaty, różnorodny, kontrastowy, niezwykły, że można o nim napisać słownik co najmniej dwutomowy, a i tak pozostałoby wiele tematów pominiętych. Nie mniej Francuz wykonał kawał dobrej roboty, przedstawiając swój subiektywny, ale jakże ciekawy Meksyk. Pisze z sympatią, ale i z nutą ironii, odwołuje się równie chętnie do historii, jak do anegdot. Jest w tym słowniku też pełna uroku beztroska turysty, który selekcjonuje, który nie rości sobie pretensji do wszechwiedzy. Z rozbrajającą szczerością Carriére wyznaje, że nie był nigdy w Acapulco czy nie czytał nigdy historii o „Zorro”, widział i słyszał jednak dostatecznie wiele, by swoim „alfabetem” zachęcić do podróży i poznawania na własną rękę.

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 20 Listopada, 2011
Wyliczanka
Disorder

Błyskotliwie napisany kryminał amerykańskiego debiutanta Johna Verdona, w którym od motywów i osoby seryjnego zabójcy ważniejsze jest rozszyfrowanie metod jego działania. Prowadzący śledztwo emerytowany policjant David Gurney dochodzi prawdy zbyt późno, gdy jest już na muszce pistoletu. Wcześniej ginie jego kolega ze szkoły, kilka innych osób, wreszcie wysłany na miejsce zdarzeń policjant. Psychopatyczny morderca igra z depczącymi mu po piętach detektywami, a ma swoje powody by nienawidzić służb mundurowych (zapewne nie on jeden na świecie). Jest inteligentny i działa brawurowo, a intryga związana z liczbami jest znakomitą osią mrocznej fabuły powieści Johna Verdona. Jej słabszym punktem jest postać śledczego, takich policjantów-emerytów, którzy nie mogą spokojnie usiedzieć na tyłku w domu literatura kryminalna naprodukowała wielu. Ten nie jest ani trochę bardziej czarujący.

Więcej...
Skomentuj
Sobota, 19 Listopada, 2011
Nowa powieść Mario Vargasa Llosy
Disorder

„Marzenie Celta”, biografia irlandzkiego bohatera Rogera Casementa jest najsłabszą książką w dorobku Mario Vargasa Llosy. Ukończył ją w maju 2010 roku, na kilka miesięcy zaledwie przed uhonorowaniem go literackim Noblem. Casement to postać kontrowersyjna, także dla Irlandczyków. Autor wstrząsających raportów o kolonizacji – z Kongo i z Peru, które wywarły wpływ nie tylko na opinię publiczną, ale także na konkretne działania polityczne na początku XX wieku. Opisując nędzę, wyzysk, ale i tortury, okaleczenia, bestialskie mordy w krajach trzeciego świata wymusił na rządach Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych interwencje – dyplomatyczne i polityczne wobec sprawców. Przyczynił się do poprawy traktowania autochtonów. Przybywający do kolonii Europejczycy nie nieśli ze sobą cywilizacji, lecz żądzę szybkich zysków. Rabunkowo traktowali podległe im terytoria, a ich mieszkańcy stanowili wartość jedynie jako niemal bezpłatna siła robocza. Cesement poświęcił zdrowie i ponad 20 lat życia zbierając materiały do swoich raportów i opisując wynaturzenia w koloniach. Anglicy nadali mu za to najwyższe odznaczenia i tytuł szlachecki, był prawdziwym bohaterem i gwiazdą mediów. Przed pierwszą wojną światową zaangażował się w radykalną działalność na rzecz zbrojnego wyzwolenia Irlandii. W tym celu organizował irlandzkie wojsko u boku Niemiec, wroga Anglii, które uznał za naturalnego sojusznika. Odpowiadał za dostawy broni z Niemiec do Irlandii. Schwytany przez Brytyjczyków został skazany na karę śmierci, powieszono go w 1916 roku. Wcześniejsze dokonania Casementa sprawiły, że w jego obronie wystąpiło wielu intelektualistów z całego świata. Tuż przed wykonaniem wyroku angielski wywiad wypuścił do mediów przeciek z dzienników Casementa, przedstawiając go jako zboczeńca. Z notatek wynikało, że przez lata korzystał z usług męskich prostytutek, nie rzadko młodych chłopców. Do dziś nie wiemy czy dziennik był prawdziwy, czy stanowił fałszywkę spreparowana przez Anglików by skompromitować irlandzkiego bohatera.
Po latach życie intymne Casementa nie ma wielkiego znaczenia, ale dyskomfort w moralnej ocenie jego działalności pozostaje i pewnie jest to główny powód dla którego tak niewiele ulic w Irlandii nosi jego imię, choć jest on jednym z męczenników walki o niepodległość.
Historia niewątpliwie warta powieści, a Llosa nie raz dowodził, że świetnie radzi sobie z literackim przedstawianiem historii (m.in. „Rozmowa w »Katedrze«”, „Święto kozła”). Dotychczas jednak osadzał fabułę w świetnie sobie znanych realiach Ameryki Południowej. I w przypadku „Marzeń Celta” jedyne rozdziały, które czyta się jednym tchem dotyczą pobytu Casementa na plantacjach kauczuku w regionie Iquitos w Peru, skąd przywiózł nie tylko wstrząsający raport o wynaturzeniach i zbrodniach, ale też obnażył słabość peruwiańskiej władzy i korupcję wśród urzędników. Sam Casement jest w powieści postacią nieciekawą, a dialogi rażą teatralnością (zwłaszcza więzienne rozmowy – z przyjaciółmi, księdzem spowiednikiem czy pilnującym go szeryfem). Mroczne opisy Konga ustępują znanym nam z prozy Josepha Conrada, który zresztą był w bliskich relacjach z Rogerem Casementem, choć na koniec odmówił podpisania listu o jego ułaskawienie. Opisy rewolucyjnego zrywu Irlandczyków także mają w literaturze znacznie ciekawsze świadectwa, choćby w trylogii Roddy’ego Doyla przedstawiającej historię bojownika Henry’ego Smarta. Llosa dość sentymentalnie przedstawia irlandzki mesjanizm i męczeństwo przywódców powstania z 1916 roku, ale jest to sentyment obserwatora. W przeciwieństwie do innych książek Llosy, tej brakuje zaangażowania (pomijając rozdziały o kolonializmie w Peru), za mało w niej emocji by mogła uwieść czytelnika.

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
Piątek, 18 Listopada, 2011
Dlaczego mrówkojady boją się mrówek?
Disorder

Autorami są Francesca Gould i David Haviland. Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule tej wielce pouczającej a i zabawnej książki jest dość pokrętna. Boją się, ale tylko tych bardziej agresywnych i lepiej zorganizowanych, bo choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, są mrówki o mniej lub bardziej niebezpiecznych szczękach, a mądry mrówkojad je rozróżnia i wcina głównie miękkie termity (które nota bene mrówkami nie są). Na raz potrafi zjeść i 200 tysięcy mrówek, więc czyni prawdziwą hekatombę. Mrówkę połyka w całości, a ta mu się potem maceruje w brzuchu. Niebezpieczeństwo podczas penetrowania pyskiem i językiem mrowisk to przede wszystkim możliwość, że wredny insekt wejdzie do nozdrzy lub do oczu poczciwego ssaka.
W książce znajdziemy ze sto dziwnych pytań i dość rzetelnych odpowiedzi dotyczących obyczajów świata zwierząt. Wiele dotyczy spraw, o których nie mamy bladego pojęcia (np. jakiego drapieżnika boi się leniwiec?, dlaczego żaby jedzą własna skórę? itp.), ale jest tu pytanie moim zdaniem niestosowne i tendencyjne: dlaczego wszystkie koty są do siebie podobne, a psy tak bardzo się od siebie różnią? Jako zapalony kociarz protestuję, jest dokładnie odwrotnie!

Więcej...
Skomentuj
Czwartek, 17 Listopada, 2011
Na Köpi
Disorder

Słynny berliński skłot przy Köpenicker Str. 137 (niemal na przeciwko Dworca Wschodniego) działa od 1990 roku. Wielki budynek, zajmowany przez skłotersów, został przez nich naprawiony i częściowo przerobiony, tak że obecnie poza pomieszczeniami sypialnymi mieści m.in. bar, salę koncertową, salę na warsztaty twórcze, działa tu też m.in. teatr. Kilkakrotnie próbowano usunąć stąd skłotersów, a budynek sprzedać, jednak solidarna postawa środowisk alternatywnych skutecznie dała odpór. Obecnie na skłocie żyje ponad 50 osób, warto przypomnieć, że w różnych okresach mieszkało tu wiele osób z Polski, a praktycznie nie ma miesiąca żeby na scenie Köpi nie grała polska kapela. W barze można nawet dostać piwo Tyskie :)
Wielka i zniszczona kamienica z czerwonej cegły została wybudowana na początku XX wieku, a po zjednoczeniu Berlina została opuszczona przez ostatnich lokatorów z zamiarem jej wyburzenia. W jakimś sensie skłotersi uratowali ten wielki dom, który jest historycznym świadectwem starego przemysłowego Berlina, zresztą znaczna część Köpenicker Strasse zajmowana jest przez stare magazyny, zabudowania fabryczne, browar i niszczejące, pokryte graffitti pustostany. Nie jest to reprezentacyjna część miasta, choć stosunkowo blisko centrum.
Dziś pokryta malowidłami elewacja wyraźnie wskazuje na centrum alternatywnej kultury. Köpi to ważne miejsce na kulturalnej mapie miasta, niemal codziennie odbywa się tu jakaś impreza, nie tylko koncerty, ale też pokazy filmów offowych, imprezy sportowe, taneczne, warsztaty plastyczne itp. Trudno sobie wyobrazić by skłot miał przestać istnieć, ale też wciąż jego statut jest niepewny, co może dziwić w tak tolerancyjnym i bogatym mieście jak Berlin. Warto tu może przypomnieć, pisałem kiedyś o tym, że największy europejski skłot - Metelkova w Lublanie - jest dla władz stolicy Słowenii miejscem, z którego te są dumne, bo świadczy o tolerancji i różnorodności. Tego typu miejsca zamiast być narażone na interwencje policji (często brutalne, a na skłotach mieszkają też rodziny z małymi dziećmi) powinny korzystać ze wsparcia samorządów, przy czym najlepszym wsparciem jest pozostawienie tych miejsc w spokoju, pozwolenie by rozwijały się własnym, jakże bogatym życiem.

Więcej...
Skomentuj
Środa, 16 Listopada, 2011
Kobiety Helmuta Newtona
Disorder

Dwa piętra berlińskiego Muzeum Fotografii dedykowane są zmarłemu tragicznie w 2004 roku (zginął w wypadku samochodowym w Los Angeles) Helmutowi Newtonowi, najwybitniejszemu berlińskiemu fotografowi, jednemu z najwybitniejszych fotografów XX wieku, którego prace znane są z pierwszych stron najbardziej poczytnych ilustrowanych magazynów a także z licznych – często bardzo drogich – albumów, w których specjalizuje się wydawnictwo Taschen.
Fotograf obsesyjnie zafascynowany kobiecością, przedstawiający różne oblicza seksualności – uwodzenie, ekshibicjonizm, pożądanie, przemoc, perwersję, wyuzdanie, nieśmiałość, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że brakuje miłości – zarówno pomiędzy mężczyzną i kobietą, jak i macierzyńskiej, przez co ten obraz kobiety jest mimo wszystko okrojony. Nie mniej fascynujący. Czasem jest to klasyczne piękno w pozach przypominających rzymskie posągi, częściej jednak sado-masochistyczne. Bogate zbiory przedstawiają zdjęcia robione polaroidem. Filmy pokazują Newtona przy pracy – skrupulatnego i niezbyt sympatycznego. Jego plan zdjęciowy często bardziej przypominał pracę nad scenami filmowymi niż zacisze atelier. Był tyleż fotografem, co reżyserem, nie tylko uwieczniał, ale kreował sceny, zamrażał wymyślone wcześniej fabuły. Właśnie plan, scenografia, rekwizyty często decydowały o sile wyrazu fotografii, choć trzy wielkie portrety nagich kobiet na klatce schodowej muzeum pozbawione jakichkolwiek dodatków również robią wrażenie. Dla Newtona swego rodzaju rekwizytem były jednak włosy łonowe, na czarno-białych fotografiach stanowiące często jedyny element kontrastowy (czasami także włosy pod pachami modelek). Jest w tych zdjęciach bardzo dużo erotyzmu, nawet wówczas gdy są zupełnie statyczne. Newton fotografował też wiele gwiazd – filmu, mody, muzyki, ale te zdjęcia nie są tak ciekawe, nie ma w nich perwersji tak wyraźnej w pracach z udziałem modelek.

Więcej...
Komentarze (20) Skomentuj
Wtorek, 15 Listopada, 2011
Bandyci kontra faszyści
Disorder

Wracając pociągiem z Berlina wziąłem zostawione przez kogoś gazety - "Wyborczą" i "Rzeczpospolitą". Obydwie rozpisują się o demonstracjach z 11 listopada. Nie pierwszy raz czytając publicystów obydwu gazet odnoszę wrażenie, że są chyba z innych planet, a przynajmniej mieszkają w innych - wymyślonych we własnych głowach - Polskach. "Wyborcza" pisze o tym jak to pochód faszystowski został zatrzymany, brunatna siła nie wlała się do centrum miasta, wolność raz jeszcze zwyciężyła. No pasaran! "Rzeczpospolita" rozwodzi się na temat lewackich bandytów (z Niemiec!), którzy atakowali na Krakowskim Przedmieściu wesołych staruszków. W obydwu gazetach język konfrontacji, tony nienawiści. Niestety, ten język oszlałych publicystów przejmują politycy, na początku XXI wieku w polskiej publicystyce politycznej mamy język rodem z początku XX wieku, który nijak ma się do rzeczywistości i szczęśliwie nijak ma się do tego, czego ludziom potrzeba. Nietolerancja dla inności, brak zrozumienia, że można mieć odmienne poglądy - taka postawa staje się w głównych mediach powszechna. A efekt jest taki, że nakłady największych gazet spadają, bo czytelnicy słusznie utracili zaufanie, dla mediów, które widzą świat dwukolorowy. Tak jak elektorat stracił zaufanie do polityki. Ten język nienawiści, konfrontacji, inkwizycji, szukanie afer, winnych, epitety w rodzaju "lewaccy bandyci" i "faszyści", to pokłosie afery Rywina. To wówczas media z lekkością zrezygnowały z cnoty obiektywizmu, z wyznaczonej im roli - opisywania a nie kreowania rzeczywistości. Kiedy studiowałem dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim uczono mnie, że elementem etyki tego zawodu jest nie krzywdzić nikogo bez wyraźnego społecznego powodu. Tej etyki w polskiej publicystyce od dawna nie widzę. Pracowałem przez dziesięć lat w "Rzeczpospolitej", gazecie niegdyś najbardziej rzetelnej i obiektywnej w kraju. Dziś jest to to gazeta promująca konfrontację, wyzbyta tolerancji, a i zdrowego rozsądku, gazeta ludzi rozgoryczonych bo przegranych.

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Wtorek, 15 Listopada, 2011
Znów w Berlinie
Disorder

Korzystając z miłego zaproszenia spędziłem trzy dni w Berlinie. Uwielbiam kosmopolityczną atmosferę tego miasta, porównywalną tylko z Londynem, a polska kolej jedzie z Warszawy do Berlina 5,5 godziny, szybciej niż do Gdańska, bilet kosztuje ok. 125 zł (zależy jak się trafi), nie jest to zatem wielka wyprawa.
Miałem sporo czasu, więc kolejny ran odwiedziłem najważniejsze muzea na Museuminsel, bo choć byłem w każdym, to za każdym razem można odkryć coś nowego (a Niemcy wszędzie honorują legitymacje prasowe, więc wchodzę do muzeów za darmo). W Muzeum Bodego trwa właśnie (kończy się 20 listopada) wielka wystawa „Gesichter” – portrecistów włoskiego renesansu. Ale muzeum to wart odwiedzić także dla jego stałych ekspozycji, zwłaszcza zbiorów średniowiecznego i renesansowego malarstwa oraz dzieł bizantyjskich, w tym niezwykłej piękności mozajek. Dalej jest słynne muzeum Pergamon, które nazwę zawdzięcza przeniesionej tu rekonstrukcji ołtarza Zeusa z Pergamonu (II w. p.n.e.). W tym niezwykłym muzeum można podziwiać fragmenty zespołów architektonicznych, które Niemcy wywieźli z ich oryginalnych miejsc – m.in. Bramę Targową z Miletu (120 r. p.n.e.), fasadę pustynnego zamku Mschatta (VIII w.), a przede wszystkim przepiękną bramę Isztar, która była częścią świątyni i drogi procesyjnej w Babilonie (VI w. p.n.e.). Z imponującymi płaskorzeźbami lwów i żyrafików, zachwyca konsekwencją, symetrią, wyobraźnią i rozmachem. Z jednej strony szkoda, że oryginału nie można obejrzeć w jego dawnym miejscu, z drugiej strony, kto wie, czy by tam do dziś przetrwała. Dziwne są koleje dziejów, że pomimo tylu wojen, zniszczeń, rabunków, wciąż możemy ją oglądać, na dodatek w centrum Europy! Na Wyspie Muzeów jest też warta polecenia Galeria Narodowa, w niej poza zbiorami niemieckich realistów i romantyków jest też niewielki zbiór prac francuskich impresjonistów (Eduarda Maneta, Claude Moneta i innych). W czwartym dużym muzeum – tzw. Nowym – od 2009 roku oglądać można przeniesione tu zbiory egipskie, w tym piękne popiersie Nefretete oraz liczne grobowce. Stare Muzeum daje z kolei przegląd sztuki klasycznej – greckiej i rzymskiej, a więc kult ciała i Erosa, którego najlepszym świadectwem jest sala dedykowana klasycznej Ars Amandi, z takimi przykładami jak sceny grupowego seksu biseksualnego na malowanymi na amforach, erotyczne płaskorzeźby – homo, heteroseksualne, a także przedstawiające mężczyzn kopulujących z domowymi zwierzętami, imponujący zbiór amuletów-penisów itp.
Całościowy przegląd prezentowanych na wyspie zbiorów daje niezwykłe świadectwo wyobraźni, bogactwa kultur, zdumiewających często wyobrażeń człowieka, bogów, śmierci, cierpienia, wojny, seksualności. A dla pełnego obrazu warto też odwiedzić muzeum historyczne, położone blisko berlińskiej katedry, gdzie podziwiać można niezwykłe dzieła wczesnego średniowiecza (w tym jeden z moich ulubionych obrazów Hieronima Boscha „Sąd ostateczny”), choć ogromne bogactwo zbiorów wiedzie przez czasy renesansu po potęgę Prus, obydwie wojny światowe i doświadczenia komunizmu. Te ostatnie w pigułce przedstawia także ulokowane nad jednym z kanałów Szprewy muzeum DDR, gdzie można zasiąść za kierownicą trabanta, czy obejrzeć dawne programy telewizyjne itd. Naprawdę warto odwiedzić!
Ponieważ miałem sporo czasu, więc wybrałem się także do berlińskiego ZOO, gdzie trafiłem akurat na czas karmienia morsa – jakież to inteligentne i wesołe zwierzę, które dla ryby gotowe jest tańczyć na tylnej płetwie. Najciekawsze są jednak akwaria, to osobna ogromna ekspozycja, w której spędziłem kilka godzin zachwycając się morskimi dziwami – od uroczych koników morskich po paskudne ryby głębin, są tu płaszczki, rekiny, meduzy, strasznie brzydki krab kokosowy, żółwie, majestatyczne gady, leniwe płazy, insekty, włochate pająki, ohydne stonogi i wiele innych żyjątek, a człowiek dziwuje się bogactwem natury, być może nawet bardziej zróżnicowanej niż ludzka wyobraźnia.
Byłem też w muzeum fotografii, gdzie dwa piętra zajmuje wystawa prac Helmuta Newtona, ale o tym napiszę w osobnej kartce.
A co poza tym? Przede wszystkim pojechałem odwiedzać knajpy i uzupełniać hasła leksykonu alkoholi. Zdumiało mnie, że w barach wcale nie łatwo dostać sznapsa, berlińczycy piją piwo, wino i masę koktajli, poza tym popularne są rum, whisky, ale brandy już nie koniecznie. Wziąłem ze sobą wydruk z internetowego wydania angielskiego „Guardiana” – 10 najlepszych barów Berlina, z których odwiedziłem sześć, w tym jeden z wódkami japońskimi (np. ze słodkich ziemniaków), szkoda że były kosmicznie drogie, ale sznapsów nie było w żadnym, a żeby napić się trestera (niemiecka brandy z wytłoków winogron – odpowiednik włoskiej grappy – musiałem srodze się nachodzić), hefebranda nie było nigdzie, tzn. ja nie znalazłem.
Ceny… dość przyjazne, zwłaszcza gdy się trafi na happy hour, a trudno nie trafić jak nie tu, to gdzie indziej, bo lokali jest masa. Wesoło i kolorowo, a na ulicach wszystkie języki świata, prawdziwa Wieża Babel.
W następnej kartce napiszę o wystawie Newtona, a także - w kolejnej - o berlińskim skłocie Köpi, to obowiązkowy przystanek dla każdego punk rockowca :)

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Wtorek, 8 Listopada, 2011
11.11.11
Disorder

Żałuję, że 11 listopada nie będzie mnie w Warszawie, jadę w tym czasie do Berlina i opuszczę wydarzenie, któremu "Rzeczpospolita" poświęca pierwszą stronę tytułując artykuł "Antifa chce zamieszek". Dalej "Rzeczpospolita", która dawno nie jest już gazetą, z którą mógłbym się choć trochę identyfikować, zamieszcza debilny komentarz Piotra Goćka "Czy Polska jest państwem prawa", w którym - podobnie jak w tekście na pierwszej stronie - autor sugeruje, że Antifa przygotowuje zamieszki - barykady, butelki z benzyną i kamienie.
Poszełbym na manifestację Antify choć nie jestem anarchistą. Poszedłbym przede wszystkim przeciwko głupocie. Takie artykuły, jak wspomniany z "Rzeczpospolitej" świadomie dzielą, jątrzą, szukają sprawców zanim doszło do wydarzeń. Zachowują się jak inkwizytorzy, zaślepieni nienawiścią do wszystkiego, co im obce. Mi obce są hasła 11 listopada - Bóg, honor, ojczyzna, Legiony i cały ten patridiotyzm. Obce, ale nie nienawistne, bo chcę żyć w kraju, w którym ludzie mają prawo do rozmaitych poglądów, zarówno antyrządowych, jak i ultrakatolickich. Nie irytuje mnie Radio Maryja, nie słucham go, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby komukolwiek tego zabraniać. Chcę żyć w kraju pełnym barw, a nie biało-czerwonym czy czarno-czerwonym. Nie pójdę na paradę gejów, bo mam ciekawsze zajęcia, ale nie przeszkadza mi ona (o ile nie blokuje na wiele godzin miasta). Nie jest mi ideowo blisko do protestujących nauczycieli, bo uważam, że zamiast narzekać powinni cieszyć się, że mają cztery miesiące wakacji, ale to moje zdanie, a ich zdanie jest odmienne i cholera mają do tego prawo. Tak jak anarchiści mają prawo do stylistyki rodem z Jasieńskiego, Paryż od tego nie spłonie, Warszawa też nie.

Więcej...
Skomentuj
Poniedziałek, 7 Listopada, 2011
Bunkier w Imbirze
Disorder

Dawno nie byłem na tak dobrym koncercie, na który trafiłem zupełnie przypadkiem - spędzając kilka dni w kulturalnym Krakowie, na targach książki, zapragnąłem innego rodzaju kontaktu z kulturą, a akurat w Imbirze miał grać Bunkier, którego nie widziałem na scenie z 10 lat i szczerze mówiąc zapomniałem co i jak grają. Kojarzyli mi się z prostym anti-nazi punkiem, tymczasem nic podobnego! Aktualnie Bunkier to kapela dojrzała zarówno muzycznie, jak i scenicznie, jak i tekstowo. Bogate instrumentarium i wyrazisty wokal. Bunkier to zespół, który czerpie z najlepszych tradycji polskiego punk rocka - są tu brzmienia przywodzące takie zespoły jak: Deuter, Brygada Kryzys, Tilt, ale nawet wczesny Alians. Można powiedzieć, że to trochę grupa z innej epoki, ale w całkowicie profesjonalnej oprawie. Podobali mi się bardzo i chętnie bym ich zobaczył na większej scenie.
W Imbirze zagrały też młode zespoły. APE, które radzi sobie coraz lepiej - grają radosny, ale bynajmniej nie "jabolowy" punk, mało obecny na polskiej scenie, a tak typowy dla scen czeskiej i słowackiej. Ale też zupełnie młode kapele, które gościły w Imbirze radziły sobie znakomicie - Brainwashed, które łączy bardziej tradycyjne brzmienia z ostrymi przejściami w HC, z mocnym wokalem oraz rozbrajający prostotą zespół Patologia, który chyba jeszcze nie może się zdecydować czy bardziej im się podoba punk lat 80. jak Prowokacja czy Siekiera, czy Oi punk, bo i wpływy Analogsów tu pobrzmiewają.
Pozdrawiam Kraków. Do następnego razu!

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Niedziela, 6 Listopada, 2011
Po targach w Krakowie
Disorder

Na targach książki w Krakowie bynajmniej nie było widać kryzysu, który trapi księgarską branżę. Jak zwykle przyszły tłumy czytelników, nie brakowało nowości i spotkań ze znanymi pisarzami. Sporo firm promowało ofertę e-booków oraz książek audio. Liczne spotkania literackie odbywały się poza targami - w klubach i kawiarniach.
Targi odbyły się po raz piętnasty i po raz piętnasty na nich byłem. Każda edycja jest udana. W czym tkwi sekret? Chyba w tym, że Kraków to kulturalne miasto, ludzie tu czytają i kupują książki. Przy krakowskim Rynku jest kilka wielkich księgarni, Empiku i Matrasa nie wyłączając. Na warszawskim Rynku nie ma ANI JEDNEJ księgarni. To o czymś świadczy.
Oglądając stoiska doszedłem do smutnego wniosku, że nadprodukcja książek jest jednak w naszym kraju ogromna. Za dużo tego! A jednak każda znajduje jakiegoś czytelnika, więc może trzeba się cieszyć z urodzaju...
Cieszyć się można jednak tylko w Krakowie, potem wraca się do szarej rzeczywistości. We wtorek, kiedy będę przechodził obok znanej warszawskiej księgarni z tanią książką, gdzie wyprzedawane są dziesiątki tysięcy tytułów, które nie znalazły nabywców, przypomnę sobie, że jednak książka pogrążona jest w kryzysie.

Więcej...
Komentarze (4) Skomentuj
Sobota, 5 Listopada, 2011
Żywioły Turnera
Disorder

W Muzeum Narodowym w Krakowie trwa właśnie duża wystawa prac Williama Turnera - angielskiego romantycznego pejzażysty, twórcy który skupił się na studiowaniu żywiołów. Wprawdzie brak w Krakowie wielu wybitnych płócien Turnera, jednak wystawa doskonale pokazuje siłę ekspresji tego malarstwa, a podział prezentowanych w osobnych salach prac pozwala śledzić jakich środków używał by przedstawić: ziemię, powietrze, wodę i ogień. Widzimy jednocześnie jak silnie te żywioły się przenikają, czy to pod postacią tęczy, czy zachodu słońca i wschodu księżyca nad wodą, czy w górskich strumieniach, czy w obrazach przedstawiających wybuch wulkanu. Na początku XIX wieku nauka zaczynała wyodrębniać z żywiołów ich naturę - pierwiastki, reakcje chemiczne i fizyczne. Turner żył w latach 1775-1851 i odkrycia te wywierały wielki wpływ na jego wyobraźnię. Jednocześnie jednak pejzaże te są na wskroś romantyczne, wciągają widza nastrojem, tajemniczością, często dramatyzmem sceny (np. poruszające obrazy: "Zatoka Neapolitańska (Gniew Wezuwiusza)" czy "Łodzie rybackie sprowadzają uszkodzony okręt do portu Ruysdael"). Równie interesujące są delikatne akwarele Turnera, jak i bardzo ekspresyjne, często pokryte grubą warstwą farb oleje. Jednym z najmocniej przemawiających obrazów pokazywanych w Krakowie jest olejne płótno "Bohater setki bitew", przedstawiające odlewany w ogniu wielki żeliwny pomnik Wellingtona.
Ekspozycja trwa do 8 stycznia 2012, będąc w Krakowie warto ją zobaczyć, zwłaszcza że obrazy Turnera rzadko podróżują, to jego pierwsza (a być może ostatnia) wystawa w Polsce.

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Poniedziałek, 24 Października, 2011
Steve Jobs sekrety innowacji
Disorder

Choć Carmine Gallo, autor książki przekonuje, że każdy z nas może być tak skuteczny i błyskotliwie innowacyjny jak zmarły 6 października br. Steve Jobs, to liczne przykłady i cytaty z wystąpień Jobsa zdają się potwierdzać oceny niektórych analityków, że bez niego firma Apple nie przetrwa. Jobs, którego majątek wyceniano na 25 miliardów dolarów, był niezaprzeczalnie geniuszem, człowiekiem, który potrafił podejmować trafne decyzje – zarówno inicjując nowe wydarzenia, jak i rezygnując z tego, co nie było konieczne. Potęga Apple to nie tysiące produktów, jak w przypadku innych firm, lecz zaledwie kilka: komputer Macintosh, laptop MacBook, odtwarzacz mediów iPod, tablet iPad, smartfon iPhone oraz platforma sprzedaży on-line mediów – iTunes. Jeszcze program operacyjny, który tym wszystkim steruje. I tyle, nic więcej by nie marnować energii na rzeczy niepotrzebne. Jobs nie lubił marnować czasu, a los dał mu go nie dużo, zmarł w wieku 56 lat. Carmine Gallo, autor naprawdę świetnego poradnika jak myśleć innowacyjnie, cytuje zdanie wypowiedziane przez Jobsa w 2005 roku, które jest niezwykłym memento mori: „Pamiętanie o tym, że niedługo umrę, jest najważniejszym narzędziem, z jakim się zetknąłem, pomagającym w dokonaniu istotnych życiowych wyborów”.
Po polsku ukazała się także książka Carmine Gallo „Steve Jobs sztuka prezentacji”, pokazująca jak przekonująco zarazić innych swoja ideą.

Więcej...
Skomentuj
Niedziela, 23 Października, 2011
Michael Cunningham - Nim zapadnie noc
Disorder

Nie jest to wciągająca lektura. Przeciwnie, w swojej nowej powieści autor „Godzin” poświęcił fabularną wartkość na rzecz obrazowania. Postaci, dialogi, wnętrza – przedstawione są tak jakby zostały zarejestrowane kamerą i nie poddane montażowi, a więc wiele tu elementów przypadkowych, zdawałoby się zbędnych. Ta niefabularność może irytować, choć jednocześnie wzbudza respekt umiejętność zatrzymywania akcji, Cunningham bawi się dygresjami, wątkami pobocznymi, tym nagromadzeniem elementów, będących w istocie zaledwie dekoracją. Barokowość tej prozy kontrastuje z tematem powieści, bo to jest książka o pustce, o kryzysie wartości, o znudzeniu, o wypieraniu potrzeb, o ucieczce w rutynę. Temat, którym nie da się porwać czytelnika, można go co najwyżej zadziwić, być może zachwycić formą narracji. Do Faulknera jednak Cunninghamowi daleko, a zdaje się, że próbuje sił w podobnej poetyce.

Więcej...
Komentarze (2) Skomentuj
Sobota, 22 Października, 2011
Fonsito i księżyc
Disorder

Znak trochę przesadza reklamując króciutką opowieść peruwiańskiego Noblisty jako „najpiękniejszą opowieść o miłości od czasów »Małego Księcia«”. Biorąc pod uwagę niezwykłą formę edytorską tej powiastki, jest to rzecz wybitnie prezentowa, ukazała się z okazji wizyty Vargasa Llosy w Polsce, ale tak naprawdę najlepszą dla niej okazją byłyby Walentynki. Mały Fonsito tak pokochał swoją koleżankę z klasy Nereidę, że złapał dla niej księżyc w misce z wodą, choć księżyc rzadko przebija się przez chmury nad Limą, miastem z którego pochodzi pisarz. Miłość może przezwyciężyć wszystko, rzecz to powszechnie wiadoma. Serce wzruszonej dziewczynki mocniej zabiło i dała chłopcu buziaka. Od samej opowieści ciekawsza jest oprawa graficzna polskiego wydania autorstwa Katarzyny Borkowskiej, całostronicowe ilustracje, w które wkomponowano krótkie partie tekstu. Hiszpańskojęzyczne wydanie książeczki ukazało się w zupełnie innej oprawie, też wysmakowanej ale wyraźnie adresowanej do dzieci, nie do zakochanych. Polski wydawca chyba postąpił rozsądniej czyniąc z tej ładnej opowiastki równie ładny gadżet.

Więcej...
Skomentuj
Piątek, 21 Października, 2011
Jak zostać pisarzem - poradnik polecam
Disorder

Oto mamy pierwszy polski uniwersalny poradnik dla początkujących pisarzy – zaczynający się od natchnienia, kończący na reklamie. Poszczególne rozdziały pisali: Urszula Glensk, Marcin Hamkało, Karol Maliszewski, Leszek Pułka, Paweł Urbaniak i Andrzej Zawada – redaktor całości. Pomimo tak dużego zespołu autorskiego książka zachowuje jednak zwarty i uporządkowany charakter, a porady się nie powtarzają.
Najciekawsze są rozdziały poświęcone konstrukcji powieści – budowaniu narracji, dialogu, bohaterów, czasu i porządku zdarzeń. Ważne uwagi znajdziemy w rozdziale poświęconym pisarskiej codzienności, czyli warsztatowi pracy. Cenną nauką będą po pierwsze wypowiedzi samych pisarzy o ich technikach czy źródłach inspiracji, po drugie – propozycje ćwiczeń kończące niektóre z rozdziałów. Są tu też informacje o rynku wydawniczym, prawie autorskim, pracy z redaktorem, garść porad jak skutecznie kreować swój wizerunek. Jest zatem wszystko, co powinniśmy wiedzieć zanim przystąpimy do pisania dłuższej prozy. Najsłabszy w tej książce jest rozdział przedstawiający wypowiedzi osób piszących („Jak oni zostali pisarzami”) bo zawiera zestaw dość przypadkowych, różnej rangi nazwisk, a pożytek z tych sądów jest mniej więcej taki jak ze słynnego stwierdzenia Somerseta Maughama: „Przy pisaniu powieści obowiązują trzy zasady. Niestety, nikt nie wie jakie”.
Lektura poradnika pokazuje, że choć nie ma uniwersalnej recepty na literacki sukces (talent jest czymś nieuchwytnym), to jest jednak wiele technik, które opanować warto by zapanować nad językiem i fabułą. Najlepiej zacząć od tego by czytać, czytać, czytać i uczyć się od innych. Potem oglądać, słuchać, doświadczać, bo każda powieść zawiera przecież jakieś elementy samego autora. Jeżeli ten nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to i nie znajdzie czytelnika – nie chcemy czytać rzeczy nudnych. Przed przystąpieniem do pisania dobrze jest wiedzieć, co się chce napisać i dla kogo, bo – jak słusznie zauważają autorzy poradnika – nie ma powieści uniwersalnych, które będą się każdemu bez wyjątku podobały. Można pisać dla młodzieży lub dla miłośników sensacji, dla gospodyń domowych lub dla wyrafinowanych krytyków. Przy pisaniu pomocne jest też rozpisanie zawczasu scen, cech postaci, zastanowienie się nad stylizacjami, nad formami dialogów itd. Opanowanie techniki nie gwarantuje arcydzieła, ale bez techniki prawie na sto procent wyjdzie gniot. A poradnik „Jak zostać pisarzem” dzięki licznym zawartym w nim wypowiedziom pisarzy wybitnych jest znakomitym źródłem inspiracji.
A samo pisanie to już wielka przygoda, poznawanie innego świata a i siebie samego. Jak to pięknie ujęła Olga Tokarczuk: „To co mnie najbardziej pociąga w pisaniu, to pewien rodzaj eksploracji tego wszystkiego, kim bym była, gdybym nie była tym, kim jestem”.

Więcej...
Komentarze (8) Skomentuj
Piątek, 21 Października, 2011
Drobne radości
Disorder

Glengoyne Single Cask, jedenastoletni szkocki malt z limitowanej edycji - tylko 301 butelek. Radość życia mężczyzny po czterdziestce :) Mocny, 56,3%, bardzo ciemny, niezwykle aromatyczny. Wydestylowany 17 czerwca 1997 roku, butelkowany w 2008, jedenaście lat przeleżał w dębowej beczce po cherry. Te beczki są dziesięciokrotnie droższe niż beczki po bourbonie, firma Glengoyne sprowadza je z Hiszpanii. W smaku bogactwo. Zielone orzechy włoskie, ale też śliwki, pieczone jabłka, skóra. Trochę słodyczy i trochę goryczy, jak życie. Mam dziś kaca, ale nie jest mi z tego powodu smutno :)

Więcej...
Komentarze (1) Skomentuj
strona: 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | następna >>
alkohole antologie Bandyci Rodriguez Bomba w windzie Crass cytaty Disorder i ja film futbol Jarocin Jirafa Roja koncerty konkurs Krzyk kwezala kultura cyfrowa literatura Meksyk Melanże z Żyletką nauka Neurokultura No Future Book obserwacje opowiadania podróże pożegnania postawy punk recenzje rynek książki Spotkania autorskie statystyki Szerokopasmowa kultura We śnie wiersze Włochaty wywiady Xenna YouTube Złam prawo
AntyRadio - Radio BEZ Zasad
Landsberg Hardcore Crew
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Aktualny PageRank strony xenna.com.pl dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2