Atmosfera między nami była tak napięta, że z pewną ulgą przyjąłem, że wyjeżdża z matką na lato do Danii. Wydaje mi się, że jej rodzice już w ogóle nie żyli ze sobą, matkę widziałem w ich domu może dwa, trzy razy w ciągu ostatniego roku. Ojciec pił chyba bez przerwy, a Agata samodzielnie prowadziła dom – gotowała, prała, sprzątała, robiła zakupy, z których ojciec nigdy jej nie rozliczał, dzięki czemu zawsze miała przy sobie gotówkę – w przeciwieństwie do mnie, co też było irytujące. Przed jej wyjazdem spędziliśmy razem całą niedzielę. Pojechaliśmy z kocem nad Wisłę, turlaliśmy się w trawie, leżeliśmy spleceni w objęciach. Zaszyci bezpiecznie w krzakach, z dala od jakiejkolwiek ścieżki, kochaliśmy się po raz drugi. Tym razem nawet nie myślałem o prezerwatywie, poduszce, zabrudzonym ubraniu, ale i tak efekt był daleki od moich oczekiwań, a jej oczekiwań chyba tym bardziej, o czym świadczyła zawiedziona mina. Członek ześlizgiwał się, przejście choć wilgotne, wciąż było zbyt ciasne, wbijałem czubek, naciskałem mocno, ale efekt był taki, że przesuwałem się do środka co najwyżej jeszcze jeden-dwa centymetry. W końcu, pobudzony tymi staraniami, wycofałem się na zewnątrz i wytrysnąłem na gładką skórę jej brzucha. Padłem obok, patrzyłem jak wyrywa kępkę trawy i z obrzydzeniem wyciera moją śliską spermę. – Następnym razem tryskaj gdzie indziej – powiedziała ze złością i podciągnęła majtki. Pojechała do Danii, skąd wysłała tylko dwie kartki. Ja tydzień spędziłem z ojcem w Zakopanem, a potem siedziałem w Warszawie. Chodziliśmy z Lolem po ulicach i zaczepialiśmy ludzi, sępiąc jakieś drobne, które potem zamienialiśmy na wino Okęcie. Takim szczawiom jak my alkoholu zwykle nie sprzedawano, ale Karolina z naszego podwórka chętnie kupowała za nas wino i papierosy. To od Karoliny pierwszy raz usłyszeliśmy o zespole z Puław, który gra jak nikt inny na świecie, wiosną była na ich koncercie w Remoncie. Z kopa zaraz poszły drzwi ryży karzeł szczerzy kły stara koniec z tobą już (Siekiera) Brutalność Siekiery rozbudzała w nas płomień niszczenia. Znów czułem w sobie tę wściekłość, jaka była we mnie kilka lat temu, kiedy z Alkiem i Arkiem chcieliśmy podpalić cały świat. Wojowniku zabij ich. Słuchaliśmy u Karoliny w pokoju muzyki z trzeszczącego magnetofonu, popijaliśmy alpagi i paliliśmy pierwszy raz w życiu marihuanę, zapewne jakąś samosiejkę, którą częstowała nas dziewczyna. Wysoka, chuda Karolina z ospowata twarzą i rękami naznaczonymi śladami po wkłuciach, zawsze serdecznie uśmiechnięta, nieobecnym spojrzeniem błądząca po naszych twarzach. Lolo chwalił się, że mu kiedyś zrobiła loda, ale nie wiem, ile w tym prawdy, bo Lolo lubił rzucać jakiś temat, a potem robić z tego wielką tajemnicę i unikać jakichkolwiek dalszych wyjaśnień. Pewnie z powodu tej jego skłonności, nigdy nie zapytałem o tamten pentagram, który widziałem na szyi Agaty, podobnie jak i nigdy więcej nie wracałem do tajemniczej sprawy pentagramu, jaki on widział – rzekomo – na szyi wiszącego Arka. Na samym początku sierpnia pojechaliśmy na festiwal do Jarocina. Planowaliśmy to od dawna, rodzicom zostawiłem na stole kartkę z wyjaśnieniem żeby mnie nie szukali bo będę za tydzień. Wzięliśmy namiot i ruszyliśmy na spotkanie z przygodą. Stoję mały, zagubiony pośród tłumu, z marchewkowym irokezem na głowie, z hasłem Punk’s not Dead na plecach, w poplamionych spodniach, z których już wyrastam, w podartych trampkach, na szyi mam karnet ze zdjęciem, na scenie zespół Sedes śpiewa, że wszyscy pokutujemy za to że żyjemy, nie wiem dokąd poszedł Lolo, nawet nie jestem pewien czy będę potrafił znaleźć nasz namiot, który stoi wciśnięty wśród tysięcy innych, pod sceną tuman kurzu i pogo, wbijam się w ten tłum, upadam odepchnięty, wstaję, znów upadam twarzą w błoto, ktoś ciężkim butem stąpa po mojej dłoni, podnoszę się z trudem, na palcach mam krew, w ustach piach, gra teraz Prowokacja, matki zbrodniarki, wyrodne matki, nabite ćwiekami skóry i wojskowe buty, kolejne zespoły: Rekrut, Opar, Piersi, Moskwa, Abaddon, upragniona Siekiera, front nadchodzi miasto śpi, a już w nocy wielki młyn pod sceną, to gra Dezerter. Idę, wciąż sam, choć wokół mnie ludzkie twarze i głosy, ogłuszony wpadam na Lola, roześmiany, upalony marihuaną, razem szukamy namiotu, nie ma, może ktoś skradł, kładziemy się zmęczeni w trawie, zupełnie bezbronni, zupełnie szczęśliwi. Jarocin 1984 ukształtował moją wrażliwość bardziej niż jakakolwiek książka. Brud, brutalność, wykrzyczana wściekłość, skrywany strach, bunt, alienacja, pozorowany nihilizm i wola walki o lepszy świat – o świat DLA NAS, kolejna utopijna wiara, że jutro może być inne. Moja rajska wyspa zaludniła się i wypełniła hałasem, ciężkie buty zdeptały trawę, nie potrzebowałem już miłości, ani opieki, nie potrzebowałem już żadnej mitologii i nostalgii, chciałem działać napędzany egoistyczną potrzebą zamanifestowania siebie. Moje myśli, moje czyny legły w gruzach nie potrzeba bohatera – świat się zmienia więc umrzyj dla świata by narodzić się na nowo bez defektów! (Moskwa) Jarocin 1984 uświadomił mi, że należę do szerszej wspólnoty ludzi, którzy jak ja kontestują, buntują się, chcą myśleć przede wszystkim o sobie, nie o szkole, rodzicach, przyszłej pracy, aktualnych randkach. Pojęcie czasu traci na znaczeniu, bez nas przyszłość nie istnieje, a będzie taka, jaką każdy z nas z osobna sam dla siebie stworzy, bo wolność jest w każdym z nas; wolność woli. Wiele lat później zrozumiałem to lepiej, czytając „Wolę” Hannah Arendt, ale już wtedy w 1984 roku w Jarocinie, czułem intuicyjnie, że wola i wolność to słowa, które nieodparcie się ze sobą kojarzą. W języku polskim mają nawet wspólny źródłosłów, w angielskim jest trochę inaczej; wola to willing, a więc słowo pochodzące od czasownika „być” wyrażonego w czasie przyszłym: będę (will). Wola bowiem zawsze nakierowana jest na przyszłość. Mamy wolę, by coś zrobić, wolną wolę, bo możemy tego nie zrobić, nigdy jednak nie wyrazimy woli w odniesieniu do faktu dokonanego. Stojąc ostatniego dnia pod sceną i patrząc na wrzeszczącego do mikrofonu Budzyńskiego z Siekiery czułem w sobie jak nigdy wolę wolności. I być może było to najważniejszym doświadczeniem okresu mojego dojrzewania. Ta wola pozwalała iść do przodu, nie oglądając się za siebie, nie patrząc na pozostawione zgliszcza, dawała nową siłę, wielką moc rażenia. Mocą tą mogłem odtąd dysponować w dowolny sposób, zgodny z potrzebami i przekonaniami, z wrażliwości i estetyką, ale poza jakimkolwiek ustanowionym prawem. |