Z Moniką spałem od pierwszego dnia, ale zbliżyliśmy się dopiero piątej nocy. Nie pamiętam już dlaczego położyliśmy się zupełnie trzeźwi. Przytuliła się jak zwykle, czułem na twarzy jej oddech, ciepło jej ciała tak blisko mojego, odwróciłem się na bok i pocałowałem jej usta. Pachniały miętą pasty do zębów. – Myślałam już, że nigdy tego nie zrobisz – szepnęła. Sięgnąłem dłońmi jej piersi, były tak cudownie twarde, małe sutki na końcu sterczały jak u nastolatki. Zacząłem ją całować, niżej i niżej, zagłębiłem język w jej pępku, potem zsunąłem majtki, dziewczyny jeszcze wtedy nie nosiły stringów, Monika miała zwykłe bawełniane białe majtki i seledynową koszulkę bez ramiączek. Jej ciało pachniało kobiecością, czystą kobiecością, nie żadnymi perfumami, balsamami, olejkami. Przynajmniej tej pierwszej nocy, bo potem lubiła nacierać dla mnie skórę tłustym olejkiem o zapachu przypominającym kamforę. Pamiętam jej cudowne pośladki, jej cipkę z krótkimi czarnymi włoskami, pamiętam jej smak, pamiętam kształt jej ud, pamiętam jej jęk gdy wszedłem w pozycji klasycznej, pamiętam kropelki potu na jej brzuchu, jej coraz szybszy oddech. Tamtej nocy kochaliśmy się do rana, bez przerwy, raz za razem. Tak, młodość ma swoje prawa, a Monika wydawała mi się wtedy najpiękniejszą kobietą świata, Afrodytą, która powstała z morskiej piany przy skałach Petra tu Romiu, upadłą boginią, która z całej siły tarmosiła moje krótkie, sztywne od zmieszanego z szamponem wapna, włosy. Nie zakochałem się w Monice. Nie wiem dlaczego? Może po prostu kochać nie umiem. Żony też nie kochałem. Nigdy. Ale żona mnie nie zachwycała, a Monika była fantasmagorią. Jakimś urojeniem. Radością. Poezję. Sztuką. Była zachodem słońca i zapachem świeżo skoszonej trawy. Była bezkresem morza i letnim deszczem. Zawsze pojmowałem kobiece piękno w kategoriach estetyki, nie seksualności. Mój żeński ideał do młoda Natalie Portman – Matylda w filmie „Leon zawodowiec”. Ktoś może powiedzieć: – zboczeniec, przecież Matylda to jeszcze dziecko. A ja odpowiem: – zboczeńcem jest ten kto się oburza, bo on myśli o seksualności Matyldy, ja podziwiam ją jak podziwia się kwiat, motyla, konika morskiego, to wszystko co piękne. Tak też podziwiałem Monikę, nie mogłem jej pokochać, nie mogłem jej pragnąć tylko dla siebie, nie mogłem czuć zazdrości o jej innych partnerów. Tak, była urojeniem. Są zresztą kobiety, które epatują seksem, choćby Katarzyna Figura czy Grażyna Szapołowska, żeby pozostać w świecie gwiazd, ale są też takie, które emanują pięknem. Te pierwsze mnie nie interesują. No, prawie nie. Kiedyś przyszedł jeden z facetów Moniki, typ po czterdziestce, złoty sygnet, złoty zegarek, złoty łańcuch na szyi, byczy kark, byczy wzrok, na nogach adidasy, na dupie dres adidasa, na klacie koszulka adidasa bez rękawów. A to nie był czas, kiedy marka adidas kojarzyła się z tandetą ze Stadionu Dziesięciolecia, a złoto z ruską mafią. Rozsiewał zapach zadowolonego z siebie samca. Wszedł, kiedy ja akurat leżałem z Moniką na łóżku. Trzymaliśmy się za ręce i czytaliśmy sobie przez ramię „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej. Monika nawet się nie żachnęła. Rzuciła we mnie książką i powiedziała: – Pójdź poczytać do drugiego pokoju. Poszedłem. Zamknęła za mną drzwi. Po pół godzinie goryl wyszedł. Wróciłem i dalej czytaliśmy razem. A potem piliśmy wino i Monika najpierw opowiadała o swoim dzieciństwie, o matce i ojcu, o pierwszych miłościach, o kolejnych miłościach i zawodach, o tych wszystkich wyskrobanych ciążach, a mówiąc o tym wszystkim nuciła niczym mantrę refren piosenki: Chciałabym, chciała… Drżałabym, drżała… A ja zapragnąłem kochać się z nią bardziej niż kiedykolwiek przedtem z jakąkolwiek kobietą. Disorder wpadał w weekendy. Piliśmy z dziewczynami, my wódkę, one wino białe, graliśmy w karty, w makao albo w tysiąca. Jedna butelka, druga, trzecia, piętrzą się stosy petów w popielniczkach zrobionych z puszek po konserwach, gaszonych w resztkach pasztetu czy mielonki. Pies sra, pies wyje bo od czterech dni nigdzie nie wychodził. Agnieszka rzuca w niego butem, skamląc ucieka do korytarza. Pijemy dalej, nasze wątroby przyjmą wszystko, jesteśmy młodzi, jesteśmy tacy piękni, te noce są takie cudowne, nikt na nas nie czeka, nikt niczego od nas nie chce, rano nie trzeba wstać do pracy, dziecko nie płacze w drugim pokoju, tylko ten pies. Ale co tam pies. Całuję Monikę w usta, pachną winem i papierosami, pachną, nie śmierdzą, pachną młodością i naszym szczęściem.
fajnie opowiedziana historia. Podoba mi się, fajne smaczki. Jest w porzo, no poza sceną z psem...Nie lubię okrucieństwa do zwierząt, ani nawet czytać o tym.
- Po chuj ludzie biorą psa, jak nie mają czasu się nim zająć ? wkurza mnie coś takiego. Jak ktoś chce się zniszyć, wyhustać jego sprawa ale męczenie zwierzaka to skurwysyństwo. Tylko one w tym świecie są jeszcze naznaczone niewinnością.